Fot. Marek Młynarczyk, autor bloga www.obiektywnasport.pl

To nie było futbolowe widowisko, tylko ligowy ból i zgrzytanie zębów. Ten pogląd podzielali wszyscy kupujący na osiedlowym ryneczku. Widać było od razu, ilu Widzew ma tu wiernych, choć strasznie rozczarowanych i smutnych, kibiców.

Antygra Łodzian w stolicy nie przyniosła nawet punktu. Prawda futbolowa jest taka. Jeśli nie chcesz wygrać, robisz wszystko, żeby uratować remis, to z reguły wychodzisz na tym, jak Zabłocki na mydle. I tak się stało w Warszawie. Widzew przegrał z Legią w ostatniej akcji doliczonego czasu gry 0:1.

Wydawało się po ostatnich meczach, że jedno, co się udało Widzewowi, to zbudować solidną defensywę, a nawet szerzej – grę obronną. I co? Łodzianie doprowadzili w ostatnich minutach pojedynku w Warszawie do chaotycznej obrony Częstochowy (po faulu wymyślonym przez sędziego!), gdzie więcej było pod własną bramki zagubienia i paniki, niż zdrowego rozsądku. Zabrakło lidera defensywy, a powinien nim być Przemysław Wiśniewski, który by to uporządkował i po prostu posprzątał, odbierając rywalom nadzieję na bramkową okazję. To już się nie wróci, a walczyć trzeba dalej.

9 maja o godz. 14.45 Widzew zagra w Łodzi kolejny mecz ostatniej szansy, tym razem z Lechią Gdańsk. Czy będzie w stanie stworzyć bramkowe sytuacje i przynajmniej jedną, zwycięską skutecznie wykończyć?

Do tego celu potrzebna jest odważna, kreatywna druga linia, której liderem będzie… No, właśnie kto? Takiego w Warszawie nie było, co potęgowało tylko chaos na skrzydłach i brak składnych akcji.

Wróci po odcierpieniu kartkowej kary Juljan Shehu i wszystkim pokieruje? Oj, chciałoby się w to wierzyć, ale na razie Albańczyk ma wiosną więcej nieudanych niż udanych występów. Może jednak w decydującej chwili to się zmieni, a wtedy skrzydłowi będą bardziej przydatni i niebezpieczni, a napastnik doczeka się bramkowych sytuacji i wpisze na listę strzelców.