
Zdjęcia Piotr Wajman, UMWŁ
Canicross – to dyscyplina, w której człowiek i pies tworzą jeden organizm, połączony nie tylko liną i pasem biodrowym, ale przede wszystkim zaufaniem. Właśnie tą drogą od lat biegnie Bartłomiej Sobecki.
Z entuzjazmem przedstawia sportowca Agnieszka Lubiatowska z UMWŁ: – Bartłomiej na co dzień trenuje w Gałkowie Małym. Od ponad 20 lat biega samodzielnie, a psy towarzyszyły mu w domu od dzieciństwa. Miłość do biegania z husky przyszła jednak nieco później i – jak sam przyznaje – zupełnie przypadkiem.

W 2006 roku trafił do sklepu, w którym spotkał osobę biegającą z psami. Z ciekawości zaczęło się coś, co dziś jest jego sposobem na życie. Pierwszy start z psami miał miejsce w 2007 roku na dystansie pięciu–sześciu kilometrów.
Kilka lat później zapadła decyzja o zakupie pierwszego psa zmyślą o sporcie. W 2014 roku do rodziny dołączył Demon. Od tego momentu wszystko nabrało tempa. Dziś Bartłomiej startuje głównie w canicrossie oraz innych dyscyplinach sportów zaprzęgowych bez śniegu. Na swoim koncie ma złoty medal i tytuł Mistrza Świata WSA w canicrossie, a także srebrny medal Mistrzostw Świata Psich Zaprzęgów wywalczony wspólnie z psem Marleyem.

– Bez zaufania nic by z tego nie wyszło – podkreśla Bartłomiej. – Gdy jadę na sportowej hulajnodze i wchodzę w zakręt z dużą prędkością, pies musi być doskonale wyszkolony i rozumieć komendy. „Lewo” naprawdę musi znaczyć lewo.
Jego drużyna składa się z czterech husky: Demona, Rasty, Dastiego i Marleya. To psy które, jak mówi ich opiekun – zawsze mają ochotę biec. Husky kochają ciągnąć, kochają ruch i adrenalinę. W szczycie formy potrafią osiągać prędkości około 30 kilometrów na godzinę, a chwilowo nawet blisko 40.
Na treningach, gdy biegnie tylko z jednym psem, pozostałe nie kryją emocji. Wyją, szczekają i domagają się swojego udziału. Przed zawodami bywa podobnie; psy są tak zaangażowane i pełne pasji, że wyją z radości na samą myśl o biegu. – To widać – mówi Bartłomiej – one naprawdę chcą tam być!

– Patrząc na ostatnie mistrzostwa świata, to ostatni kilometr byłdla mnie najgorszy. Marley dał radę, po mnie było widać ogromne zmęczenie. Końcówki zawsze są najtrudniejsze. Staram się jednak psom tego nie pokazywać. Zawsze im dziękuję, żeby nie poczuły, że robią mi krzywdę.
W tej historii nie chodzi wyłącznie o medale i miejsca na podium. Chodzi o relację, której nie da się zmierzyć czasem ani przeliczyć na pieniądze.


Dodaj komentarz