
Nie mógłbym dziś być ligowym piłkarzem i to z kilku powodów. Pierwszy oczywisty, brakowałoby mi umiejętności, ale są też inne…
Przyjmując hipotetycznie, żebym się jednak nadawał, to i tak pojawienie się na ligowym boisku, byłoby dla mnie męką. Nie mógłbym po prostu grać z tą uprzężą na plecach, którą zakładają wszyscy piłkarze. Po co? Po to, żeby można było monitorować ich każdy ruch, a potem prowadzić szczegółowe analizy, którymi żywią się tzw. szkoleniowi fachowcy i eksperci.
Dla mnie to byłby garb, trudny donoszenia i przezwyciężenia. Rozpraszający moją uwagę. Skupiający ją nie na meczu i kolejnych akcjach, tylko na tym, co mnie uwiera. Pewnie, gdybym nie chciał się dać zaprząc, jak koń do kieratu raz, drugi, trzeci, to z hukiem wyleciałbym z drużyny na twardy futbolowy bruk. Za krnąbrność, arogancję, nierespektowanie reguł postępowania. No, po prostu trudny, wyalienowany osobnik, dla którego nie ma miejsca w futbolowej społeczności.
Jeszcze nie tak znów dawno, gdy nie było uprzęży, nie do zaakceptowania był dla mnie pomysł, że trzeba grać z koszulką wpuszczoną w spodenki. Mnie to zawsze uwierało, przeszkadzało, skutecznie rozpraszało moją sportową uwagę. Dobrze, że zrezygnowano z tego idiotycznego pomysłu.
Nie mógłbym być ligowym piłkarzem, bo nie mam i nie zamierzam mieć na swoim ciele tatuaży. Grałbym też wiecznie rozczochrany, ze zmierzonymi włosami, bo dłuższe niż treningi, stylizowane wizyty u fryzjera, nakładanie ton żelu, żeby w trakcie meczu nie drgnął choć jeden włos, to nie dla mnie.
Na dodatek, gdy ja grałem w hokeja na trawie i w piłkarskiej III lidze szóstek, to udawanie fauli i przeżywanie każdego, ostrego starcia, jakby to było trzęsienie ziemi, grożące wielomiesięczną kontuzją, po prostu było nie do przyjęcia, narażało cię na śmieszność i środowiskowe lekceważenie. Boiskowe czasy się jednak zmieniły i cóż, muszę z bólem serca przyznać, że są nie dla mnie…

Dodaj komentarz