Rezerwowy Pafka

Tag: łks liga (Page 4 of 10)

ŁKS zrehabilitował się po klęsce w Krakowie. Wygrał, a przy okazji wbił pięć bramek rewelacji z Bytomia. Na deser – piękny gol łódzkiego napastnika

Po klęsce w Krakowie z Wisłą (0:5!) nadszedł czas rehabilitacji. Dobry czas, bo ŁKS pewnie pokonał beniaminka z Bytomia 5:0, a w jednej z głównych ról wystąpił napastnik Piasecki, który zdobył dwa gole, w tym jednego wyjątkowej urody.

Pojedynek zaczął się letnio. Więcej było ostrożności niż jakości w grze obu drużyn. Wydarzeniem stała się w tej sytuacji kontuzja kapitana łodzian. Głowackiego zmienił niedoświadczony Książek. Opaskę kapitana przejął Kupczak.

Granie ŁKS? Więcej nędzy niż pieniędzy. Nic jednak dziwnego, skoro łodzianie głównie się bronili, a przypomnę, że mecz rozgrywano w Łodzi przy al. Unii. Pewno mieli w pamięci lanie w Krakowie. To wielki sportowy kompleks, z którym trudno się uporać.

Pierwsza groźniejsza akcja gospodarzy miała miejsce po 25 minutach gry. Wysoki pressing gości sprawiał, że ŁKS miał wielkie kłopoty z wyprowadzeniem składnych ataków. Nuda panie, nuda. Bardziej aktywni i ekspresyjni byli kibice łodzian, upamiętniający rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego.

Wydawało się, że do przerwy nic się nie zdarzy. Tymczasem Krykun klasycznym centrostrzałem niespodziewanie dał prowadzenie łodzianom. Coś z niczego. Tak się w futbolu zdarza. To pierwsza bramka stracona w tym sezonie przez Polonię. Po kontrze ŁKS miał szansę na drugiego gola, ale Młynarczyk strzelił obok słupka.

Drugą połowę gospodarze rozpoczęli od wysokiego pressingu. Szanse meli Młynarczyk i Piasecki. Do trzech razy sztuka. Krykun tym razem wystąpił w roli asystenta, a pewnym strzałem godnym napastnika popisał się Hinokio. To jego pierwszy gol w barwach ŁKS, podobnie jak wcześniej Krykuna.

Potem inicjatywę przejęli goście, a błąd za błędem popełniał Ernst. Nic dziwnego, że został zmieniony. To dodało energii łodzianom. Rezerwowy Wysokiński popisał się znakomitym zagraniem, a sytuację sam na sam wykorzystał perfekcyjnie Piasecki. Trwało show napastnika, który zdobył pięknego gola strzałem z dystansu (czy to był gol kolejki?!). Zmiany przyniosły dobry skutek, a po akcji Lewandowskiego na listę strzelców wpisał się Balić.

Ponad 8400 widzów obserwowało przebieg wydarzeń na boisku przy al. Unii. Bramkarzem Bobkiem interesują się zachodnie kluby (choć nie z TOP 5), ale na razie oferty są dla ŁKS mało satysfakcjonujące finansowo. 9 sierpnia o godz. 14.30 ŁKS zmierzy się w kolejnym ligowym meczu z Chrobrym w Głogowie.

ŁKS – Polonia Bytom 5:0 (1:0)

1:0 – Krykun (42), 2:0 – Hinokio (56), 3:0 – Piasecki (69), 4:0 – Piasecki (73), 5:0 – Balić (86)

ŁKS: Bobek – Loffelsend, Rudol, Craciun, Głowacki (19, Książek), Kupczak, Ernst (67, Wysokiński), Hinokio (82, Szczepański), Młynarczyk (67, Balić), Krykun, Piasecki (82, Lewandowski)

Czy po krakowskiej wielkiej wpadce możliwa jest rehabilitacja ŁKS w meczu z rewelacją rozgrywek? Dlaczego w łódzkim zespole żaden młodzian nie gra tak dobrze, jak Maciej Kuziemka?!

Fot. ŁKS/Cyfrasport

ŁKS praktycznie nie pokazał w Krakowie, żadnych futbolowych wartości. Nic więc dziwnego, że doznał futbolowej klęski, przegrywając z Wisłą 0:5. Można spuścić zasłonę milczenia na tę wpadkę i mieć nadzieje, że już tylko może być lepiej.

Moim zdaniem jedna sprawa warta jest rozważenia. Jednym z dwóch najlepszych piłkarzy spotkania był 19-letni skrzydłowy, prawonożny Maciej Kuziemka, motor napędowy ofensywnej gry krakowian, autor trzech asyst.

 – Maciej ma fantastyczną cechę – mówi trener Białej Gwiazdy – Mariusz Jop. – Otóż on nigdy nie narzeka. W poprzednim sezonie rzucałem go po różnych pozycjach na boiska, a nigdy na jego twarzy nie zobaczyłem nawet grymasu niezadowolenia.

Młodzieniec z każdym treningiem stara się być lepszy, dostaje swoje szanse i teraz ją wykorzystał w 200 procentach. Kuziemka jest drobny, jednak mocno trzyma się na nogach. Dobrze kopie piłkę obiema nogami, co gwarantuje wszechstronność zagrań. A do tego świetnie znosi już intensywność gry na poziomie 1 Ligi – czytam opinię zamieszoną na stronie sport.tvp.pl.

Pytanie; Dlaczego młodego gracza o takim wpływie na grę zespołu nie ma w ŁKS, skoro klub ma rozbudowaną akademią, drużynę rezerwową i podobno milion pomysłów na promowanie zdolnej młodzieży? Przebił się właściwie tylko Antoni Młynarczyk, który niestety ostatnio jest tylko rezerwowym, choć gdy w chodzi na boisko, potrafi w jednej czy drugiej akcji pokazać swój potencjał. Inni przepadli, zginęli w futbolowej otchłani.

Wygląda na to, że ŁKS popełnia grzech… niecierpliwości. Nie potrafi spokojnie i systematycznie (poza bramkarzami!) promować młodych zdolnych, starając się uwierzyć i przekonać kibiców, że tylko armia zaciężna jest sposobem na odnoszenie ligowych sukcesów.

Teraz ŁKS podejmie rewelację początku rozgrywek, beniaminka – Polonię Bytom, która ma na koncie dwa ligowe zwycięstwa, drugie odniesione, gdy przez 20 minut drużyna grała w dziesiątkę oraz co też ważne podkreślenia: żadnej straconej bramki (1 sierpnia godz. 20.30, transmisja TVP Sport).

Po znakomitej pierwszej połowie, w drugiej ełkaesiakom odcięło prąd, ale ostatecznie wygrali w ligowej premierze

Dla mającego mocarstwowe ambicje (awans! awans!) ŁKS rywal z Pruszkowa jest niewygodnym przeciwnikiem. Łodzianie nie wygrali ze Zniczem od trzech spotkań, a ostatni mecz z udziałem obu drużyn zakończył się sukcesem pruszkowian 3:2. Tym razem ŁKS wygrał, a to dzięki bardzo dobrej pierwszej połowie. W drugiej momentami oddawał inicjatywę, walczył chaotycznie, ale prowadzenie utrzymał i może się cieszyć z premierowych trzech punktów.

Łodzianie rozpoczęli mecz z czterema nowymi piłkarzami w wyjściowej jedenastce, w tym dwoma w drugiej linii (Krykun, Szczepański). W zespole prowadzonym przez byłego trenera ŁKS – Matysiaka, dwaj byli gracze z al. Unii – Lorenc i Koprowski. Gospodarze zaczęli odważnie, nastawiając się na ofensywę. W 8 min po dobrej, składnej akcji strzelał Mokrzycki i minimalnie się pomylił.

Co się odwlecze… Seria kiksów gości sprawiła, że piłkę dostał od Kupczaka Piasecki i niepilnowany z kilku metrów otworzył wynik meczu. Zachował się tak, jak na napastnika przystało. Był w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Gol ucieszył licznie zgromadzonych na trybunach kibiców. Mogło, ba powinno, być 2:0 po kontrze. Znakomitą akcję Krykuna zakończył strzałem, ale niestety nie golem, Piasecki. Napastnik już do przerwy mógł zaliczyć hat tricka, ale kolejny, tym razem techniczny strzał, był minimalnie niecelny. Dominacja ŁKS nie podlegała dyskusji (12 strzałów na bramkę rywali!). Szkoda, że przyniosła tylko jednego gola.

W pierwszej akcji drugiej połowy wydawało się, że Fałowski faulował rywala. Sędzia podyktował jedenastkę, ale po analizie VAR ją odwołał. Okazało się, że faulu nie było! W odpowiedzi z wielkim trudem Napieraj obronił strzał Piaseckiego. To była znakomita reakcja bramkarza.

W drugiej połowie sytuacja zmieniła się diametralnie. To zaciekle atakował Znicz, a ŁKS bronił się chaotycznie, nie potrafiąc przejąć inicjatywy.

Z czasem… to gospodarze mieli trzy bramkowe, niewykorzystane sytuacje. To był jednak kilkuminutowy pozytywny incydent. Potem bowiem to Znicz przeważał. Po wyjątkowo intensywnej pierwszej połowie łodzianom momentami odcinało prąd. Dobrze, ba znakomicie, dwa razy interweniował Bobek. To on uratował zwycięstwo gospodarzom.

W drugiej kolejce I ligi 26 lipca o godz. 15 ŁKS zagra w Krakowie z Wisłą.

ŁKS – Znicz Pruszków 1:0 (1:0)

1;0 – Piasecki (11)

Widzów: 8573

ŁKS: Bobek – Craciun (83, Wysokiński), Rudol, Fałowski (59, Ernst), Głowacki – Kupczak, Mokrzycki – Norlin (59, Młynarczyk), Szczepański (69, Hinokio), Krykun – Piasecki (69, Lewandowski)

ŁKS. Tym razem musi się udać i awans do ekstraklasy stanie się faktem, bo budżet klubu nie jest z gumy i nie da się go w nieskończoność rozciągać!

Fot. Wojciech Pakulski/ŁKS Łódź

Nie ma wyjścia, tym razem musi się udać, bo żaden klubowy budżet nie jest z gumy i nie da się go rozciągać w nieskończoność. Najpierw ŁKS dokonał przewrotu organizacyjnego, czego symbolem był awans Adama Grafa, który z nieudanego dyrektora sportowego został po dwóch transferowych strzałach kapiszonami awansowany na wiceprezesa. Jego miejsce zajął mający spore doświadczenie w tej pracy (co jeszcze o niczym nie świadczy!) Radosław Mozyrko.

i zrobił to, co od dwóch sezonów wydawało się oczywiste. Sprowadził doświadczonych ligowych graczy, którzy z nie jednego pieca chleb jedli, a którzy mają jeszcze szansę się pokazać, że coś w futbolu potrafią. W każdej formacji poza bramką, pojawią się nowi ludzie, wzrosła konkurencja, będzie rywalizacja o miejsce w jedenastce, oby było dużo… piłkarskiego rozsądku.

To nowość po przeróżnych księżycowych pomysłach, których symbolem stał się egzotyczny trener – młokos, nie mający żadnego pomysłu na ŁKS, niejaki Ariel Galeano. To bez cienia wątpliwości największego szkoleniowa wpadka minionego sezonu w polskiej piłce.

A wystarczyło trochę futbolowego pomyślunku, który przywrócił zespołowi Ryszard Robakiewicz, aby ŁKS nie skompromitował się ligową wiosną do cna. Ba, szkoleniowiec odtworzył kręgosłup sportowy i moralny, na którym można budować lepszą, sportową przyszłość. Oby był to dobry punkt wyjścia pod stworzenie zespołu na miarę awansu do ekstraklasy!

ŁKS pod wodzą Ryszarda Robakiewicza wygrał czwarty mecz z rzędu. Tym razem pokonał w Warszawie walczącą o baraże Polonię!

ŁKS wygrał pod wodzą Ryszarda Robakiewicza cztery mecze z rzędu, w tym prestiżowe: z Ruchem w Chorzowie i Polonią w Warszawie. W tych czterech pojedynkach, co warte podkreślenia, łodzianie stracili tylko jednego gola!

Ełkaesiacy grali w stolicy bez wykartkowanego kapitana Kupczaka (opaskę przejął Głowacki). Dobre minuty w poprzednich meczach dały pierwszy skład Wzięchowi. Spotkania przez większość czasu było nudne, jak flaki z olejem. Goście pilnowali swojego przedpola, warszawianie remisu, który dawał im pewną grę w barażach i to oni się przeliczyli. Schodzili z boiska pokonani.

Już w 40 sekundzie łodzianie mogli przegrywać. Na szczęście po główce z siedmiu metrów niepilnowanego Zjawińskiego, piłka wylądowała w rękach Bomby. Łodzianie zaczęli mecz od chaosu, niepotrzebnych fauli , ale… Potem były składne akcje, w których nie popisał się Wzięch.

Wielkiej gry nie było. Oba zespoły zachowywały się… zachowawczo, myśląc o tym, żeby nie dać rywalom szansy do szybkiej kontry. Łodzianom w akcjach zaczepnych brakowało pierwszego dokładnego podania.

W końcówce pierwszej połowie ŁKS osiągnął przewagę, czego efektem był mocny strzał Wzięcha w ręce bramkarza Polonii. Po fatalnym wybiciu piłki przez Bombę, bramkarz łodzian naprawił błąd, broniąc strzał Vegi. W pierwszej połowie więcej było nastawionej na ostrożność taktyki niż odważnego grania, finalizowanego celnymi strzałami.

Druga połowa zaczęła się od akcji Mokrzyckiego i przyniosła strzał Młynarczyka w ręce bramkarza. Potem niewiele się działo, poza próbami konstruowania akcji przez Wzięcha. Mógł paść gol dla ŁKS. Po akcji Norlina w ostatniej chwili uderzenie Sitka na miarę bramki zablokował Terpiłowski. W odpowiedzi świetna interwencja Bomby po udanej kontrze gospodarzy, w końcówce meczu ratowała łodzian.

W doliczonym czasie po juniorskim błędzie Szura przy wyprowadzeniu piłki, przejął ją Sitek, popędził na bramkę, idealnie odegrał do Mrvaljevicia, a ten pewnie posłał ją do siatki. Polonia chciała odrobić straty, ale znów kapitaną interwencją popisał się Bomba. W nudnym meczu i emocjonujących ostatnich minutach z sukcesu cieszyli się łodzianie.

W ostatnim meczu kompletnie nieudanego sezonu i kompromitacji roku (zatrudnienie Ariela Galeano) ŁKS podejmie 25 maja o godz. 17.30 Znicz Pruszków. A potem? Pożyjemy, zobaczymy.

Polonia Warszawa – ŁKS 0:1 (0:0)

0:1 – Mrvaljević (90+5)

ŁKS: Bomba – Dankowski, Rudol, Gulen, Głowacki, Norlin (82, Zając), Mokrzycki, Wysokiński, Hinokio (90, Terlecki), Młynarczyk (65, Sitek), Wzięch (65, Mrvaljević)

ŁKS wygrał, jak najbardziej zasłużenie, na wyjeździe z Ruchem, pierwszy raz od października 1998 roku!

Po dwóch zwycięstwach z rzędu (1:0 nad Stalą Stalowa Wola i 5:0 nad Stalą Rzeszów) podopieczni trenera Ryszarda Robakiewicza wygrali… trzeci mecz, tym razem z Ruchem 3:1. Po raz pierwszy od 1998 roku pokonali Ruch w Chorzowie. To 12 wygrana łodzian, siódma na wyjeździe. To ostatnie zwycięstwie grzebie marzenie Ruchu o barażach.

Od początku meczu atakowali gospodarze i szybko dopięli swego. Pierwsza kontra Ruchu przyniosła gola. Po dokładnym podaniu Szczepana, Kozak wykorzystał sytuację sam na sam, uderzając mocno pod poprzeczkę. Wróciły zapomniane na moment łódzkie, futbolowe zmory, gdy atakujący ŁKS nadziewa się na kontrę, gubiąc jakiekolwiek obronne ustawienie.

Utrata gola nie odebrała łodzianom chęci do gry. Jak już była szansa, to Mrvaljević w doskonałej sytuacji pokazał, że jest napastnikiem jak z koziej d… trąba. Potem… ech, co było potem. Napastnik spóźnił się do doskonałego podania Głowackiego. Powiedzmy sobie szczerze. Bez skutecznego napastnika trudno marzyć o dobrym wyniku.

Łodzianie przejęli inicjatywę. W konstruowania akcji mającej doprowadzić do wyrównania (kolejną szansę miał Sitek), mieli im pomóc kibice, którzy pojawili się na chorzowskim stadionie w… 36 minucie spotkania.

Tymczasem zamiast meczu mieliśmy rozróbę na stadionie. Kibice łodzian próbowali rozrywać siatkę i dostać się do fanów gospodarzy. Nie, nie, nie dla takich stadionowych scen. Fani, jeśli mieli pomóc ŁKS, to zadziałali jak… piąta kolumna. Odebrali gościom cały sportowy animusz, który prezentowali przed stadionową zadymą.

W przerwie trwała regularna boiskowa wojna kibiców, tak jakby nastąpił powrót do lat 90. Służby medyczne miały pełne ręce roboty, a komentatorzy telewizyjni nie wiedzieli, czy po przerwie będą mogli bezpiecznie wrócić na swoje stanowiska.

Druga połowa zaczęła się od genialnej interwencji Bomby, który obronił strzał Kozaka. ŁKS znów starał się przejąć inicjatywę na boisku. I to się udało. Mieli swoje bramkowe szanse Wysokiński i Gulen, ale ich nie wykorzystali.

Do trzech razy sztuka. Po kolejnej akcji, której fundamenty zbudował Wzięch, kapitalnym strzałem z rogu pola karnego popisał się Głowacki. Ta bramka z pewnością będzie kandydowała do miana gola kolejki! Wyrównanie, jak najbardziej zasłużone, bo ŁKS nie był gorszy od rywali.

Ba, okazał się od niego lepszy. Stworzyli kolejne sytuacje, a po akcji Mokrzyckiego, podbramkowym instynktem w kolejnym meczu popisał się Wzięch, który uderzeniem głową dał łodzianom prowadzenie. W dwóch spotkaniach młody piłkarz strzelił trzeciego gola. Pozytywne i… optymistyczne.

Potem pressing łodzian pod bramką chorzowian spowodował, że gospodarze się pogubili. Cykało nabił Wysokińskiego, a co zrobiła piłka? Wylądowała w bramce!

17 maja o godz. 17.30 ŁKS zagra w Warszawie z Polonią.

Ruch – ŁKS 1:3 (1:0)

1:0 – Kozak (11), 1:1 – Głowacki (72), 0:1 – Wzięch (80, głową), 1:3 – Wysokiński (90+2)

ŁKS: Bomba – Dankowski, Rudol, Gulen, Głowacki, Norlin (85, Zając), Mokrzycki, Kupczak, Wysokiński, Sitek (56, Młynarczyk), Mrvaljević (56, Wzięch)

Ten cały chory układ trzeba było natychmiast wysadzić w powietrze. Ariel Galeano przestał być trenerem ŁKS

Fot. Radosław Jóźwiak/Cyfrasport

Sportowe życie szybko, bardzo szybko dopisało epilog do poniższego tekstu. Ariel Galeano przestał być trenerem ŁKS. Do końca sezonu zespół będzie prowadził Ryszard Robakiewicz.

To jest kompletnie bez sensu. Pomieszanie z poplątaniem. Paragwajski trener ŁKS – Ariel Galeano nie potrafi porozumieć się z zawodnikami, ci uczestnicząc w treningach podobno nie wiedzą, o co mu chodzi. Mówią: gramy, jak trenujemy. Ja uważam, to jedynie za marne usprawiedliwienie braku podstaw zawodowego podejścia do swojego nie najgorzej opłacanego zawodu. Ale…

Z wieści dochodzących z al. Unii lista zarzutów pod adresem szkoleniowca wygląda tak: Niezrozumiałe zmiany w składzie, rotacje ustawieniem. Chaos. Brak pracy nad taktyką. Czy gra się trzema obrońcami czy czterema, efekt jest ten sam, zespół szybko traci gola za golem. Do tego niczym ściana wyrasta bariera języka i jest pomieszanie z poplątaniem. Nikt nie wie, o co chodzi.

Gdyby to tylko trener był winny (choć z reguły wszystko skupia się właśnie na nim). Czym jednak tłumaczyć kompletny brak formy i juniorskie zagrania dotychczasowego lidera – Michała Mokrzyckiego. Czy strzela focha, pokazując, że w Łodzi już mu się grać nie chce? Trzeci gol dla GKS Tychy to w dużej mierze jego zasługa. Było bowiem tak: Mokrzycki jakby wyłączony z tego co się dzieje na boisku, podał piłkę fatalnie, dokładnie tak, żeby Ertlthaler przejął ją przed przed linią pola karnego, założył siatkę Fałowskiemu i będąc sam na sam z Bobkiem zdobył gola. Po takim zagraniu można tylko rwać sobie włosy z głowy. Jest one wyjątkowo antymotywującedla drużyny, sprawiające, że trzeba długich minut, żeby się pozbierać i zacząć robić na boisku coś pozytywnego.

25 kwietnia o godz. 18 ŁKS zagra ze znajdującą się w strefie spadkowej Stalą w Stalowej Woli. Rywale zajmują przedostatnie miejsce w tabeli. Uzbierali (na szczęście dla nas) 15 punktów mniej od łodzian, ale, moim zdaniem, w obecnej sytuacji wcale nie są na straconej pozycji. No, chyba że to rezerwowi z meczu z Tychami czyli Sitek, Hinokio i Terlecki oraz wykazujący chęci do gry, autor honorowego gola – Balić będą w stanie sprawić, że ŁKS się znów nie skompromituje i pokaże futbol na przyzwoitym pierwszoligowym poziomie. Zanim tak się stanie zespół musi dogadać się z trenerem, albo działacze muszą poszukać nowego szkoleniowca. Innego wyjścia nie ma.

Kosztami zatrudnienia Paragwajczyka, co za chwilę będzie można uznać za futbolową bzdurę roku, trzeba by obarczyć twórcę tego wziętego z Księżyca pomysłu, wiceprezesa do spraw sportowych ŁKS – Roberta Grafa.

Co trzeba zrobić, żeby obudzić w zespole ŁKS ducha walki? Przed łodzianami arcytrudny mecz z Termaliką

Michał Mokrzycki Fot. ŁKS/Cyfrasport

Miało być inaczej. Tymczasem jest ciemno, zimno i do domu daleko. Miała być fantazyjna, skuteczna gra, tymczasem… Jest jakby zmierzch, epigonizm, bylejakość, brak ducha walki i gry. Jak to się ma do słów trenera ŁKS Ariela Galeano: – Chcę, żeby każdy z nas pamiętał o tym, o czym często przypomina się w Ameryce Południowej: nie bez powodu herb klubu nosi się na sercu, a swoje nazwisko jedynie na plecach.

Po kolejnym nieudanym ligowym meczu, tym razem w Siedlcach (1:1 z Pogonią) obraz jest porażający. A jego symbolem postawa jednego z dotychczasowych liderów ŁKS Michała Mokrzyckiego, którą daje się jednak tłumaczyć tym, że po urazie był w stu procentach gotowy do gry. Jak na to nie patrzeć zespół dramatycznie z meczu na mecz obniża swój sportowy potencjał i prezentuje się, jak zbiór przypadkowo dobranych piłkarzy, którzy są na boisku, bo… muszą. Nie ma w tym za grosz radości grania i chęci pięcia się w górę.

ŁKS cały czas stoi sportowo w miejscu czyli tak naprawdę się cofa. Na dodatek wydaje się, że trener Ariel Galeano błądzi w gęstej, sportowej mgle. Dokonuje przypadkowych kadrowych wyborów, które nie pomagają zespołowi. Oby się szybko, bardzo szybko nie okazało, że zatrudnienie Paragwajczyka było jedynie głośnym… faktem medialnym, a tak naprawdę sportowym strzałem kulą w płot.

Promyczkiem optymizmu był debiut 18-letniego obrońcy Krzysztofa Fałowskiego, który z minuty na minutę grał coraz pewniej, a swój występ okrasił golem w doliczonym czasie, dającym punkt drużynie ŁKS.

Oj, trudno być optymistą, zwłaszcza gdy przed ełkaesiakami spotkanie z coraz bliższą bezpośredniego awansu do ekstraklasy – Termaliką Nieciecza w czwartek 10 kwietnia (początek o godz. 18) na stadionie przy al. Unii.  Jesienią było 2:2. Rywale w ostatniej kolejce pewnie pokonali Stal Rzeszów 3:1. Mecz będzie można obejrzeć na  TVPSPORT.PL

Trener Ariel Galeano miał poprowadzić ŁKS w dobrą stronę, tymczasem na razie pogłębił panujący na boisku (szczególnie w grze defensywnej) piłkarski chaos

Fot. ŁKS Łódź

Każde futbolowe dziecko to wie, że dobra gra zespołu zaczyna się od jego skuteczniej postawy w defensywie. Tymczasem w ŁKS – rwanie włosów i zgrzytanie zębów. Powiem tak, gdy przed wielu, wielu laty kopałem futbolówkę w Lidze Szóstek, to nasza gra defensywna cechowała się większą odpowiedzialnością, niż w ligowym klubie z ambicjami z Łodzi.

Można analizować na różne sposoby tę sytuację, ale trudno zrozumieć, że piłkarze, którzy z nie jednej mąki jedli chleb, mogą się tak pogubić, jak ełkaesiacy przy drugiej straconej bramce w meczu z Odrą (1:2). Nikt nie wiedział jak ma się ustawić, za kim ma biec, kogo kryć. W rezultacie zostali rozpracowani niczym mali chłopcy na futbolowym podwórku.

A czym był pierwszy gol kuriozum stracony w… 35 sekundzie? Prologiem do defensywnego chaosu i wielkim ostrzeżeniem, które zostało zignorowane przez piłkarzy i szkoleniowców łodzian.

Nowy trener Ariel Galeano miał pchnąć grę drużyny na nowe, lepsze tory. Na razie pchnął ją w jeszcze większy sportowy chaos. Pożal się Boże te fatalnie wykonywane stałe fragmenty gry, ten zatrważający brak skuteczności i chaotyczna walka praktycznie w dziesięciu bez kompletnie niewidocznego napastnika.

Szkoleniowiec niestety nie pomógł zespołowi. Zdejmując z boiska najważniejszych, trzymających grę piłkarzy, tylko pogłębił panujący chaos i sprawił, że w końcówce ŁKS nie potrafił sobie wypracować bramkowych sytuacji.

Sebastian Rudol mówi, że ambicją zespołu jest cały czas gra o pierwszą szóstkę. Pytanie tylko po co. Załóżmy hurraoptymistycznie, że łodzianie awansują i co dalej? Nie ma nawet cienia wątpliwości, że w ekstraklasie znów będą chłopcem do bicia, przynoszącym więcej wstydu niż radości.

6 kwietnia o godz. 17 ŁKS zagra z Pogonią w Siedlcach. To zdecydowany outsider zmagań, który jednak potrafi się postawić. Wygrał z ligowym średniakiem – Stalą (ma tyle samo punktów co łodzianie – 34) i to w Rzeszowie 4:2. Czy okaże się kolejną piłkarską przeszkodą za trudną dla ŁKS?

Zmora zmór czyli własny stadion. ŁKS przegrał szósty mecz przy al. Unii. Czarna rozpacz

ŁKS grał o trzecie zwycięstwo z rzędu (wcześniej: 3:1 u siebie z Wartą i 2:1 z Chrobrym w Głogowie). Siedem i pół tysiąca kibiców chciało obejrzeć sukces swoich pupili. I zawiodło się sromotnie. Wróciły zmory łodzian i stare błędy. ŁKS przegrał mecz na własnym boisku (szósty w sezonie!). W takiej formie lepiej, żeby co najwyżej grał o miejsce w środku tabeli, bo nie ma po prostu umiejętności na nic więcej. Warto dodać, że Odra czekała na zwycięstwo od początku grudnia zeszłego roku

ŁKS zaczął mecz… katastrofalnie. Łodzianie stracili gola w 40 sekundzie meczu. Rudol krył przeciwnika na radar, to musiało się zemścić i zemściło. Mający ogrom boiskowych możliwości Prikryl posłał piłkę precyzyjnym strzałem w długi róg. Bobek był bez szans.

Potem ŁKS osiągnął wyraźną przewagę. Przeprowadził kilka składnych akcji i co z tego? Nic. To co było kolejną, obok juniorskich błędów w defensywie, wadą łodzian – czyli wyjątkowa nieskuteczność – nadal dawało mocno o sobie znać. Łodzianie tylko mocno pracowali na to, żeby bramkarz Haluch został bohaterem spotkania. Na dodatek znów jakby walczyli w dziesięciu, bowiem napastnik był praktycznie niewidoczny.

Akcja w doliczonym czasie zakończyła te utyskiwania. Rudol zmazał swoje winy z początku meczu. Po doskonałym dośrodkowaniu Mokrzyckiego nie pozostało mu nic innego, jak umieścić głową piłkę w siatce.

Druga połowa mogła rozpocząć się, jak pierwsza. Odra zaatakowała i była o krok od zdobycia drugiego gola. ŁKS był pogubiony, zaspany, zbyt pewny swoich racji i mógł zostać mocno skarcony.

Nie został. Za to sam mógł zdobyć gola. Znów po znakomitym podaniu Mokrzyckiego, Hinokio strzelał z końca pola karnego i trafił w słupek.

A potem, po stracie Majcenicia, ełkaesiacy pogubili się zupełnie przy kontrze rywali. Nie wiedzieli, co się dzieje i łatwo dali sobie wbić drugiego gola – z dwóch metrów praktycznie do pustej bramki. Nic tylko rwać sobie włosy z głowy.

ŁKS znów próbował zmienić obraz gry. Sitek minimalnie się pomylił. Powinien trafić, bo od bramki dzieliło go tylko kilka metrów. Dokonane zmiany w składzie łodzian niestety pogubiły gospodarzy zupełnie. Niby grali, niby próbowali, strzelać i była to para w gwizdek. Zeszli z boiska pokonani.

6 kwietnia o godz. 17 ŁKS zagra z Pogonią w Siedlcach.

ŁKS – Odra Opole 1:2 (1:1)

0:1 – Prikryl (1), 1:1 – Rudol (45+1, głową), 1:2 – Kobusiński (65)

ŁKS: Bobek – Dankowski, Rudol, Gulen, Majcenić (76, Książek)- Sitek (85, Iwańczyk), Mokrzycki (76, Wysokiński), Kupczak, Hinokio (68, Mrvaljević) Młynarczyk – Norlin (68, Balić)

« Older posts Newer posts »

© 2026 Ryżową Szczotką

Theme by Anders NorenUp ↑