Rezerwowy Pafka

Autor: admin (Page 1 of 207)

Klub Eurotenis ma powody do dumy. Jest znakomita atmosfera. Jest ciężka praca. Są imponujące wyniki!

Atmosfera buduje wyniki – wiadomo od zawsze. I tak jest właśnie na kortach Eurotenisa przy ul. Niciarnianej. Uśmiechnięci, życzliwi ludzie, przy okazji znakomicie fachowcy. Po prostu chce się z nimi pracować, bez względu na to, czy jest się amatorem czy kandydatem na zawodowca. Efekty? Ambitni amatorzy robią błyskawiczne postępy w nauce, a zdolna, bardzo zdolna młodzież, może już pochwalić się sporymi sukcesami.

Eurotenis Łódź ma powody do dumy. W Mistrzostwach Województwa Łódzkiego 2026 w kategoriach U10, U12, U14, U16, U18 w rywalizacji singlowej i deblowej zawodnicy klubu wywalczyli: 12 złotych medali, 5 srebrnych, 14 brązowych. W sumie zdobyli aż 31 medali. Imponujące osiągnięcie.

Złote krążki opromieniają i znakomicie reklamują Eurotenis. W klasyfikacji medalowej zawodniczki i zawodnicy MKT Łódź zdobyli 32 medale, ale… złotych tylko 10. To oznacza, że znaleźli się na drugi miejscu klasyfikacji klubowej. Na trzecim AZS Łódź – 5 złotych, 8 srebrnych, 6 brązowych, na czwartym St Winner Piotrków Trybunalski:- 4-7-13, a na piątym SKT Sieradz: 3-0-3. W sumie medale zdobywali przedstawiciele 16 klubów.

Trenerski team Eurotenisa tworzą: Przemysław Ślusiewicz, Julia Koloszczyk, Wojciech Bartosik, Paweł Potemski, Łukasz Pieniński, Piotr Stasiak.

A Eurotenis podkreśla: gratulacje dla wszystkich zawodników, trenerów, rodziców – ten wynik to nasz wspólny sukces!

Cud na Wembley. Po heroicznym boju Polacy odrobili straty i wywalczyli cenny remis. Wielki w tym udział mieli gracze Łódzkich Srok!

Fot. Sroki Łódź

Takie emocje to tylko w rugby! Remisem zakończyło się spotkanie reprezentacji Polski Rugby League z Czechami. Na Majkowski Wembley w Kaliszu Biało-Czerwoni odrobili gigantyczne straty i po emocjonującej pogoni zremisowali 22:22, choć tuż przerwie przegrywali aż 0:22.

Członek zarządu klubu Sroki Łódź – Przemysław Kwiecień: – Pierwsza połowa należała do Czechów. Goście skutecznie wykorzystywali swoje okazje i punktowali polski zespół, budując bezpieczną przewagę. Polacy długo nie mogli znaleźć sposobu na dobrze zorganizowaną defensywę rywali, a po 40 minutach tablica wyników pokazywała 0:18. A potem było jeszcze gorzej 0:22.

Po zmianie stron obraz meczu zaczął się jednak zmieniać. Biało-Czerwoni podkręcili tempo, zaczęli wygrywać kontakt i coraz częściej meldowali się pod polem punktowym Czechów.

W kadrze prowadzonej przez selekcjonerów Michała Wójcika i Karola Myszkowskiego, mocny akcent postawili zawodnicy Srok Łódź. Aż sześciu graczy łódzkiego klubu wybiegło w podstawowym składzie, kolejnych dwóch pojawiło się na boisku po wejściu z ławki rezerwowych.Wśród bohaterów heroicznej sportowej pogoni znaleźli się zawodnicy Srok Łódź. Nikodem Jędryka oraz Tomasz Zerbe (gracze Srok) przykładali piłkę w polu punktowym rywali, a cenne dwa podwyższenia dołożył Szymon Krupa.

Z minuty na minutę przewaga Czechów topniała, a gospodarze odzyskiwali wiarę w odwrócenie losów spotkania. Kulminacja emocji przyszła na pięć minut przed końcowym gwizdkiem. To właśnie wtedy Polacy dopięli swego i doprowadzili do remisu 22:22. Jeszcze kilkadziesiąt minut wcześniej taki scenariusz wydawał się mało realny, ale nasi rugbiści pokazali charakter i nie odpuścili do samego końca.

Dla Michała Wójcika i jego zespołu to cenny sprawdzian, który pokazał dwa oblicza reprezentacji. Pierwsza połowa pozostawiła spory niedosyt, ale reakcja po przerwie może napawać optymizmem. Szczególnie że znaczący wkład w odrobienie strat mieli rugbiści Srok Łódź, którzy ponownie zaznaczyli swoją obecność w narodowych barwach.

Oby to było nowe ligowe otwarcie i ŁKS znów brylował w czołówce I ligi. Czy to jest możliwe?

Fot. Artur Kraszewski

Ambicja w sporcie czyni cuda. I tak stało się tym razem. ŁKS bardzo chciał wygrać i to mu się udało. Walczył ambitnie, parł do przodu i w doliczonym czasie gry, po golu Karola Podlińskiego, pokonał Podbeskidzie. Na dodatek, jak najbardziej zasłużenie. W pocie i futbolowym znoju, ale kto mówił, że będzie łatwo i przyjemnie.

Oby po czasie złym (dwie porażki z rzędu), nastał czas dobry, naznaczony zdobytymi ligowymi punktami. Do tego potrzeba jednak zdecydowanie bardziej kreatywnej gry środka drugiej linii, bo sama determinacja może nie wystarczyć. No, i oczywiście lepiej nastawionych celowników. Na większość strzałów Ełkaesiaków w meczu z Podbeskidziem lepiej spuścić zasłonę milczenia.

Liga gra dalej. 26 października o godz. 18 Warta Poznań podejmie ŁKS. Warta też musiała się sporo namęczyć, żeby pokonać 1:0 Unię. Na dodatek po przerwie bohaterem Poznaniaków był bramkarz Leo Przybylak, który znakomicie bronił w kilku wydawało się beznadziejnych sytuacjach. Poznaniacy mogą być konsekwentni i niebezpieczni w stosowanym pressingu. Potrafią szybko zaatakować, chyba groźniej prawym skrzydłem.

Mają w składzie wypożyczonego Ełkaesiaka – Antoniego Młynarczyka, która w meczu z Unią miał więcej złych zagrań niż dobrych i zszedł z boiska w 54 minucie. Trzeba jednak pamiętać o tej statystyce: Warta rozegrała trzy mecze u siebie i wszystkie wygrała!

Trzeba i to natychmiast postawić Widzew do sportowego pionu. Czy trener Mateusz Stolarski potrafi to zrobić?

Fot. Martyna Kowalska, widzew.com

Widzew dziś to taka trzęsąca się futbolowa galareta, drżąca, żeby nie przegrać meczu po golu w doliczonym czasie gry. Wygląda na to, że czas reprezentacyjnej przerwy został w Łodzi bezpowrotnie stracony. A tak przebąkiwałem, że po olaniu przez Łódzkie gwiazdki i gwiazdeczki sparingu z Łęczną, trzeba walnąć pięścią w stół, a nie zamiatać sprawy pod dywan.

Dlaczego? Bo taka sytuacja nie buduje pozytywnej atmosfery w zespole. Niestety, trener Mateusz Stolarski porozmawiał sobie z panami piłkarzami i uznał, że nie ma sprawy. Jak widać jest, bo oni, choć ściągnięci za miliony i zarabiający miliony, spisują się, mówiąc prosto z mostu: beznadziejnie.

Oczywiście, sytuacja jest trudna, bo kontuzje dziesiątkują ligową kadrę, ale ci co są, teoretycznie powinni dawać drużynie jakość. A jej po prostu nie dają. Na dodatek, gdy przestaje grać Mariusz Fornalczyk, to przestaje też istnieć ofensywa Łódzkiej drużyny. Inny znak słabości, to ten, że beznadziejnie zaczyna się spisywać Fran Alvarez…

Na zmianie trenera na razie Widzew wychodzi, jak Zabłocki na mydle. To było widać, jak na dłoni, że drużyna potrzebuje autorytetu i taki dawał Aleksandar Vuković. Widzew trzymał pion, choć nie było mu łatwo i częściej rozczarowywał niż cieszył. No, to teraz zawodzi całkowicie!

Czy młody, zdolny, ale niedoświadczony trener Mateusz Stolarski potrafi sobie poradzić z tym sportowym i mentalnym kryzysem?! Nie wiem. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że Widzew ciągle jest największą ekstraklasową niewiadomą. Niby ma potencjał, ale nie wykorzystuje go nawet w pięćdziesięciu procentach. Być mistrzem ligowych remisów (Widzew ma ich na koncie siedem!) to nie jest powód do ligowej chwały i za chwilę zepchnie drużynę w strefę spadkową!

23 października też o godz. 20.30, też w Łodzi, spotkanie z Górnikiem Zabrze. Rywale mają na koncie pięć wyjazdowych zwycięstw plus remis w sześciu rozegranych spotkaniach. To imponujący bilans, choć ostatni mecz niespecjalnie się im udał. Zremisowali z Piastem 1:1. Mieli sytuacje bramkowe, zabrakło im jednak… chłodnej głowy w dogodnych sytuacjach strzeleckich. Oby podobnie było w Łodzi.

Łatwo nie było, ale ŁKS wreszcie wygrał po złotym golu Podlińskiego w doliczonym czasie gry

Trener Szoka po dwóch porażkach z rzędu zamieszał składem ŁKS. I udało się. W doliczonym czasie gry po rzucie rożnym, jak napastnik z prawdziwego zdarzenia, zachował się Podliński i ŁKS pokonał Podbeskidzie. Przypomnijmy, że po raz ostatni Ełkaesiacy zdobyli gola 11 września (Karasiński), po raz ostatni w Łodzi 23 sierpnia (Arasa).

W 2 min ŁKS powinien prowadzić 1:0. Po pressingu rywale stracili piłkę (przejął ją Hinokio), a stuprocentowej sytuacji nie wykorzystał, strzelając z woleja, Szczygieł. Może powinien zostawić piłkę Japończykowi?! Wielka szkoda.

Rywale bronili się przed pressingiem, ale gdy już zaatakowali raz i drugi, to groźnie. Dobrze, że bez bramkowych skutków. Warta odnotowania znakomita interwencja Farbiszewskiego. Drugą okazję zmarnował Arasa, który po sprytnej centrze Wysokińskiego główkował obok słupka.

Mało było składnych ataków, bo mało był kreatywnego grania środka drugiej linii. Chciał brać sprawę w swoje ręce Arasa, ale momentami z marnym skutkiem. 45 minut bez celnego strzału – to mówi wszystko.

Drugą połowę mógł dobrze rozpocząć ŁKS, ale strzał Hinokio z dziewięciu metrów był tak anemiczny, że został łatwo zablokowany. W 53 min hurra, pierwszy, choć słaby, celny strzał, Arasy (głową). Składną, pomysłową akcję przeprowadzili goście, ale strzał Urynowicza z końca pola karnego… pożal się Boże.

ŁKS atakował, napór trwał. Po składnej akcji Arasa drugi raz celnie strzelił, ale słabo, słabiusieńko. Hiszpan brał dużo na swoje barki, próbował indywidualnych akcji, ale bez efektów. Hinokio strzelał z końca pola karnego, oczywiście niecelnie, tak, jakby to robił pierwszy raz w życiu.

ŁKS jednak walczył do końca. I został nagrodzony w doliczonym czasie bramką i trzema punktami. Podliński, jak na napastnika przystało, w dogodnej sytuacji, po rzucie rożnym, strzelił pewnie w róg. To jego trzeci ligowy gol dla ŁKS. To bramka na nowe ligowe otwarcie?!

26 października o godz. 18 Warta Poznań podejmie ŁKS.

ŁKS – Podbeskidzie Bielsko Biała 1:0 (0:0)

1:0 – Podliński (90+2)

ŁKS: Węglarz – Keiblinger (81, Strzałek), Rudol, Craciun, Farbiszewski, Szczygieł (70, Podliński), Kaput (81 Terlecki), Wysokiński (70, Nowakowski), Hinokio, Karasiński (57, Sokół), Arasa

Widzew znów nie wygrał meczu na własnym boisku. Zremisował, a mogło być jeszcze gorzej. Na szczęście Rodado nie wykorzystał jedenastki!

No, jesteśmy wyjątkowi. Można nas wytykać palcem. Nie ma w ekstraklasie drugiej takiej drużyny. Widzew znów nie wygrał meczu na własnym stadionie. Na sześć spotkań cztery zremisował, dwa przegrał. Na dodatek miał furę szczęścia, że znów nie zszedł z własnego boiska pokonany. Rodado z rzutu karnego trafił w poprzeczkę!

Mogło zacząć się fantastycznie. W 2 minucie Łubik zagrał wprost pod nogi stojącego na 16 metrze Alvareza. Ten jednak nie zdołał przelobować golkipera. Takich szans nie powinno się marnować! Trzeba jednak zachować więcej zimnej krwi lub mieć chłodną głowę. Widać w rozedrganym ostatnimi niepomyślnymi ligowymi wydarzenia Widzewie o to trudno.

W drugiej składnej akcji Łodzian strzał Biuka zablokowali rywale, którzy poczynali sobie coraz śmielej, korzystając ze złych, niedokładnych zagrań gospodarzy. Bliższy gola byli jednak Widzewiacy, a dokładnie Alvarez. Po jego strzale z półwoleja i interwencji Łubika, piłka odbiła się od poprzeczki. A potem blok, pudło lub odwrotnie.

Po przerwie na… fajerwerki i zadymienie stadionu inicjatywę przejęli goście, którzy ewidentnie przyspieszyli swoją grę. Pokazał się Rodado. Najpierw Drągowski był na posterunku, a potem Hiszpan fatalnie spudłował. Faulował w doliczonym czasie pierwszej połowy Dudę Papanikolau i co zrobił sędzia Szczerbowicz z Olsztyna? Nie zdecydował się pokazać Widzewiakowi drugiej żółtej kartki. Uff, odetchnęliśmy z ulgą.

Po przerwie Łodzianie niby atakowali, ale nie potrafili inteligentnym podaniem, a na koniec groźnym strzałem, zamknąć akcji. Krakowianie grali coraz śmielej. W Wiśle swojej szansy szukał Rodado. Tymczasem po strzale Krzyżanowskiego piłka uderzyła w rękę Visusa i arbiter podyktował jedenastkę dla Krakowian. Nie wykorzystał jej Rodado, który trafił w poprzeczkę!

Nie zraziło to Wiślaków, którzy atakowali niebezpiecznie. A gdy spróbował coś zrobić Widzew, to okrutnie pomylił się Świderski, nagrodzony gwizdami. Potem jeszcze dziecinne błędy w defensywie. I wielka szansa na gola – niewykorzystana. Pod poprzeczkę uderzył z rzutu wolnego Gazibegović, ale Łubik odbił piłkę na rzut rożny. W sumie jednak dobrze, że to wszystko nie skończyło się porażką.

Mecz oglądało 17 492 widzów.

23 października też o godz. 20.30, też w Łodzi, spotkanie z Górnikiem Zabrze!

Widzew – Wisła Kraków 0:0

Widzew: Drągowski – Gazibegović, Wiśniewski, Visus, Kapuadi – Papanikolaou (46, Selahi) – Biuk, Alvarez (46. Shehu), Silva (67, Kornvig), Fornalczyk (67, Males) – Świderski (77, Vermesan)

Drużyna KS Hokej Start Brzeziny pokazała mistrzyniom, że muszą się z nią liczyć!

Zdjęcia: Marek Młynarczyk, autor bloga www.obiektywnasport.pl

W pojedynku na szczycie ligi hokeistek, dwóch niepokonanych drużyn, mistrz Polski – UKS SP5 Swarek Swarzędz okazał się lepszy, choć KS Hokej Start Brzeziny walczył za dwóch. Rywalki prowadziły 1:0, wyrównała w 54 minucie kapitan Magdalena Pabiniak, ale końcówka należała do mistrzyń. Ostatecznie wygrały 3:1.

– To był mecz dwóch równych drużyn – mówi trenerka Brzezinianek – Małgorzata Polewczak. – I wcale nie musiał się tak skończyć. Nie wykorzystałyśmy dwóch stuprocentowych sytuacji. Cóż, tak bywa. Pokazałyśmy jednak czarno na białym, że faworyt ligowych zmagań, mistrz Polski – Swarek – musi się z nami liczyć.

Start grał w składzie: Gabara, Ferdzyn – Budziewska, Owczarek, Sikora, Górecka, Szarek, Kalczyńska, Kucharska, Grochowalska, Koza, Poltavtseva, Pabiniak, Chmiel, Varanovich, Drożdż.

Na tym spotkaniu hokejowy świat się nie kończy. 18 października KS Hokej Start zmierzy się w samo południe na wyjeździe z pierwszą drużynę AZS Politechnika Poznańska, którą już w tym sezonie pokonał u siebie 1:0. To będzie ostatni mecz w rundzie jesiennej. Małgorzata Polewczak: – To bardzo ważne spotkanie. Kluczowe dla układu tabeli. Zwycięstwo zapewni nam spokój przed ligową wiosną. Jest o co grać!

Pierwszy team w Poznaniu, a juniorki młodsze KS Hokej Start zagrają w sobotę o godz. 12 w Brzezinach z drużyną z Nysy, w ramach eliminacji Olimpiady Młodzieży. W ostatnim meczu Brzezinianki pokonały zespół z Goleszowa 5:0!

Oto jest piłkarska zagadka: czy ŁKS może grać tak, jak sensacyjny lider I ligi?

Fot. Artur Kraszewski

Dobrze nie jest. ŁKS zakończył wyjazdową gehennę porażką z ligową rewelacją – Pogonią Grodzisk Mazowiecki 0:2. I zaczął nowe poreprezentacyjne otwarcie z Ruchem Chorzów w Łodzi też 0:2. Tu przegrał po przespaniu pierwszej połowy i praktycznie dwóch samobójach. Trener Grzegorz Szoka: – W meczach o dużą stawkę dzieje się z nami coś złego. Gramy poniżej swoich możliwości.

18 października o godz. 14.30 ŁKS podejmie Podbeskidzie Bielsko Biała. Łodzianie mają 15 punktów, rywale o cztery mniej. wygrali jeden mecz, przy czterech zwycięstwach Łodzian. Niby kto jest faworytem, każdy widzi, ale to liga wyrównana i pełna niespodzianek. Nikt za darmo punktów nie da. A forma Łodzian jest taka, że… kot napłakał.

– Nie ma Arasy, nie ma ŁKS. To może martwić nie tylko kibiców, ale też sztab szkoleniowy. Wszystko w ofensywie zależy od tego jednego zawodnika- powiedział Łukasz Gikiewicz. Jest w tym twierdzeniu sporo racji, ale też wiele przesady. W piłkę nożną nigdzie nie gra jeden zawodnik tylko drużyna. I ŁKS znów musi być drużyną, która ma dużo, dużo więcej kadrowych atutów.

A co tam. Wejdę panom piłkarzom na ambicję. ŁKS ściągnął graczy, którzy mają coś do udowodnienia. Właściwie nie coś, a to, że są jeszcze na boisku sporo warci i ich kariera w Łodzi to nie dalszy ostry sportowy zjazd w dół. Niech pokażą, że umieją grać na miarą marzeń Łódzkich kibiców, którzy domagają się ekstraklasy!

Skoro w meczu z Ruchem, jak słusznie zauważa trener Grzegorz Szoka, mało drużynie ŁKS wychodziło, to może teraz będzie inaczej? Dlaczego Łodzianie nie mają zacząć grać, jak niespodziewany lider – Pogoń Grodzisk Mazowiecki, który wygrał najwięcej, bo sześć spotkań i przegrał najmniej, bo jedno!

Jaki jest dziś Widzew? Po prostu słaby i już. A dlaczego? Sam chciałbym wiedzieć!

I tylko kibiców żal… Fot. Martyna Kowalska, widzew.com

Gdy czytam takie zapewnienia, że wiosną Widzew idzie po kolejnych piłkarzy, to dreszcz grozy przebiega mi po plecach. Ta futbolowa farsa czy opera mydlana ma nie mieć końca?! Stary chłop jestem, w futbolu widziałem nieomal wszystko, a jednak trudno mi zrozumieć to, co się dzieje dziś. Czy to wielkie pieniądze odbierają zdroworozsądkowe myślenie, zabijają ambicje i motywacje?

Uprawiałem sport na półamatorskim poziomie, ale trening był dla mnie przyjemnością, a kolejny mecz wyzwaniem i przygodą. To uprawianie sportu potem nieoczekiwanie przydało się w życiu, ale to już inna historia.

Wracając do motywacji. Gdybym ja był piłkarzem Widzewa, to walczyłbym za dwóch. Wszak niczego mi nie brakuje: pieniędzy zapewniających godną sportową starość, dopingu pełnych trybun i adrenaliny związanych z kolejnymi futbolowymi wyzwaniami. A tymczasem wychodzi tak: bez serc, bez ducha… Słabo, słabiusieńko. Nijakie ligowe mecze, które przegrywa się, o zgrozo, w doliczonym czasie gry.

Bartłomiej Drągowski ma dwieście procent racji, gdy mówi: – Znowu wyglądało to tragicznie. Nie chcę zabrzmieć dziwnie, ale odkąd tu jestem, mówimy o przełamaniu. Rozmawiamy tak od stycznia, że musimy się obudzić. Jestem zdenerwowany, nie chcę przeklinać, bo nie jestem w stanie znaleźć rozwiązania.

Ja też jestem w kropce, w zaklętym kręgu niemocy. Też po prostu nie wiem, dlaczego tak jest i co zrobić, żeby tak nie było, Bo to co jest, to po prostu Łódzka, piłkarska kompromitacja i już.

A tymczasem przed Widzewem kolejne trudne, a przy tym prestiżowe wyzwania. Pojedynek w Łodzi z Wisłą Kraków już 16 października o godz. 20.30. A 23 października też o godz. 20.30, też w Łodzi, spotkanie z Górnikiem Zabrze!

Co wywołuje największy ból i zgrzytanie zębów w ekstraklasie? Postawa Widzewa? Nie, kompromitujące decyzje polskich arbitrów!

Sędzia Jarosław Przybył się nie popisał. Fot. Marcin Bryja, widzew.com

Ekstraklasę naszą widzę ogromną (czy na pewno?), a ludziom w niej żyje się coraz dostatniej (to pewne!). Są jednak takie jej obszary, które wywołują ból i zgrzytanie zębów. Czy to postawa przepłaconego ponad miarę, a nijakiego i wyjątkowo słabego sportowo Widzewa? Nie, wcale nie. To Polscy piłkarscy sędziowie fundują nam co tydzień wyjątkowy kabaret. Z którego nie wiadomo – śmiać się czy płakać?!

To, co się stało w ostatniej, 10 kolejce, no to po prostu był szczyt szczytów. Dziewięć ligowych spotkań, a sędziowskich gaf i ewidentnych błędów, jak dobrze policzyć to nie kilka czy kilkanaście, ale… kilkadziesiąt! W każdym meczu, w każdej jego fazie. Wtedy gdy ocenia się go na na początkowym wydechu i luzie, jak i wtedy, gdy pracuje się w doliczonym czasie na wyjątkowym zmęczeniu.

Znów arbiter skrzywdził Widzew. Tym razem to Jarosław Przybył z Kluczborka, który nie podyktował ewidentnej jedenastki po faulu na Juljanie Shehu w meczu z Piastem w Gliwicach (1:2). A to co wyprawiał Damian Sylwestrzak z Wrocławia w mecz Legii z Wisłą (2:0), woła o pomstą do nieba. W najgorszej swojej decyzji pozwolił na uznanie gola (Łukasza Zjawińskiego) po źle wrzuconej piłce z… autu. Kuriozum i śmiech na całą Europę…

W dobie VAR miało być czytelniej i sprawiedliwiej. Pic na wodę, fotomontaż. Jest gorzej niż źle. Pod okiem bezwzględnych kamer arbitrzy tracą cały rezon, zapominają czego się nauczyli, podejmują za szybkie i głupie decyzje, które wypaczają ostatecznie wyniki. Trudno o inną sytuację, gdy po ostatniej aferze z trenerem Adrianem Siemieńcem, każdy kto się jej uważnie przyglądał, już wie, że sędziowskie środowisko to wyjątkowy kocioł czarownic.

A tak się śmialiśmy. Jacy to nieudaczni arbitrzy prowadzą mecze Włoskiej Serie A czy Hiszpańskiej La Ligi. Jakie proste i kuriozalne błędy popełniają, ile wypaczają spotkań. Nie to, co u nas, gdzie poziom wysoki, a boiskowa sprawiedliwość wiele znaczy, wręcz to punkt honoru. Cóż, prawda jest brutalna: szybko zostaliśmy sprowadzeni na ziemię. Co z tym sędziowskim zakalcem zrobić? Sam chciałbym wiedzieć.

« Older posts

© 2026 Ryżową Szczotką

Theme by Anders Noren — Up ↑