Wydawało się, że Widzew chwycił byka za rogi, gdy rywale od 36 minuty musieli grać w dziesiątkę i łodzianie w doliczonym czasie gry zdobyli bramkę. Nic z tego. Nie potrafili utrzymać korzystnego wyniku. Osłabiony Raków wyrównał w siódmej minucie doliczonego czasu gry. Czarna, łódzka rozpacz. Remisami ligowe piekło jest wybrukowane!

Mecz zaczął się tak, jak ostatni, czyli nudy na pudy i walka o najgorszy, pozbawiony emocji pojedynek w ekstraklasie. I nagle niespodziewanie na skutek głupoty Arsenicia szczęście uśmiechnęło się do Łodzian. W 36 minucie po faulu na dynamicznym Fornalczyku drugą żółtą czyli czerwoną kartkę ujrzał Arsenić. Widzew grał z przewagą jednego zawodnika I…?

Łodzianie atakowali, ale robi to schematycznie, przewidywalnie. Nic dziwnego, że nieskutecznie. Nie byli w stanie wykorzystać nawet tego, że gospodarze musieli zmienić bramkarza. A gdy wreszcie coś się zadziało i wydawało się, że Baena był faulowany w polu karnym, to po analizie VAR, sędzia Raczkowski anulował swoją decyzję. W doliczonym czasie gry mogło się zdarzyć wszystko. Miał swoją sytuację Widzew, mieli gospodarze.

I gdy wydawało się, że mecz skończy się remisem w czwartej minucie doliczonego czasu gry kapitalnym strzałem pod poprzeczkę popisał się Alvarez. Gdy wydawało się, że Widzew chwycił byka za rogi i odniesienie bezcenne w walce o utrzymanie zwycięstwo, stracił (o mama mia!) gola w zamieszaniu podbramkowym, po kompletnym pogubieniu się w defensywie. Nic tylko siąść i płakać!

11 kwietnia o godz. 14.45 Widzew podejmie Termalikę Nieciecza. Czy będzie w stanie wygrać z outsiderem? No, mam sporo wątpliwości.

Raków Częstochowa – Widzew 1:1 (0:0)

0:1 – Alvarez (90+4). 1:1 – Svarnas (90+7)

Widzew: Drągowski – Kozlovsky, Visus, Wiśniewski, Żyro (46, Krajewski) – Kornvig, Fornalczyk (90, Pawłowski), Shehu (77, Baena), Selahi, Alvarez – Zeqiri (66, Bergier)