Nie wiem, jak Państwu, ale mnie się podobało. W dobie zabijania meczów przez taktyczne zdyscyplinowanie wydawało się, że coś takiego nie może się zdarzyć, no chyba że tylko w dramatycznych końcówkach, doliczonym czasie gry.
Tymczasem w niechcianym przez uczestników (?!) meczu o brązowy medal mistrzostw świata, było to, co wszyscy kochamy najbardziej: futbolowe szaleństwo, piękne akcje, luz, blues, w grze same dziury, ale… Zobaczyliśmy dziesięć bramek i wyjątkową dramaturgię. Francuzi przegrywali już 0:4, a potem mieli wiele okazji, żeby doprowadzić do wyrównania. Nie zrobili tego więc przegrali z Anglikami 4:6!
Wydawało mi się, że to już czas przeszły, zamierzchły, wyczytany w książkach i przechowywany w pamięci. Wróciły do mnie opowieści sprzed pół wieku mojego profesora na polonistyce. Przed wojną grał w polskiej lidze, w której goli padało co niemiara. A on i tak wspominał przede wszystkim strzelecki kunszt Ernesta Wilimowskiego, który m.in. 21 maja 1939 roku ustanowił rekord ligi, który wydaje się nie do pobicia. W spotkaniu z Union Touring Łódź strzelił aż 10 goli!
Teraz historia zatoczyła koło. Znów było dawne, pełne goli, dobrze się oglądające granie. Wróciły radosne czasy futbolu. Niech nikt mi nie mówi, że mecze o trzecie miejsce mistrzostw świata są nic niewarte!
Lubię oglądać Teatr Telewizji, ale przyznaję, że na ten spektakl czekam z wyjątkową niecierpliwością… W poniedziałek, 23 lutego o godz. 20.30Teatr Telewizji pokaże spektakl Ezi, autorstwa Roberta Talarczyka. To opowieść o spotkaniu dwóch piłkarskich gigantów: Ernesta Wilimowskiego i Kazimierza Górskiego podczas mistrzostw świata w piłce nożnej w 1974 roku w Monachium.
Ezi zamienia wtedy kilka kurtuazyjnych zdań z Kazimierzem Górskim i znika, zostawiając Górskiemu napisaną po niemiecku kartkę: Chciałem Pana poznać, o panu teraz głośno, niech się powiedzie polskiej drużynie, proszę mnie źle nie wspominać. Zdarzenie to stanowi kanwę scenariusza spektaklu.
W postacie głównych bohaterów wcielają się Andrzeja Chyra (Wilimowski)i Zbigniew Zamachowski (Górski). Widowisko wyreżyserował Janusz Zaorski, dla mnie autor jednego z najlepszych i najprawdziwszych filmów o PRL czyli Piłkarskiego pokera. Obrazu pełnego wyjątkowych historii o ówczesnym życiu, sporcie i pełnym szwindli futbolu.
Czytam w zapowiedziach spektaklu: Górski – już za życia stał legendą polskiej piłki nożnej, Wilimowski – za występy w reprezentacji III Rzeszy został po wojnie wykreślony z piłkarskich annałów i dopiero zaczyna istnieć w powszechnej świadomości kibiców. Rozmowa obu bohaterów stała się pretekstem do rozliczenia z historią XX wieku.
– To znakomity temat na film – stwierdził po prezentacji spektaklu Wojciech Smarzowski, reżyser m.in. Drogówki oraz Domu złego i Domu dobrego. – Fantastyczna historia, warta opowiedzenia.
O Kazimierzu Górskim, to co najważniejsze, wie każde interesujące się piłką polskie dziecko. A Ernest Wilimowski? Do dziś pozostaje rekordzistą w liczbie strzelonych bramek w jednym spotkaniu na najwyższym poziomie rozgrywkowym w polskiej piłce. 21 maja 1939 roku w Chorzowie, podczas meczu ligowego z Union-Touring Łódź (12:1) Wilimowski dziesięć razy trafił do łódzkiej bramki! Z Ruchem Wielkie Hajduki, czyli dzisiejszym Ruchem Chorzów, czterokrotnie zdobył trofeum mistrza Polski (1934, 1935, 1936, 1938). Tyle samo razy sięgał po koronę króla strzelców.
Piłkarz brylował także w reprezentacji Polski. Przez 56 lat był rekordzistą pod względem liczby zdobytych goli w jednym meczu na mistrzostwach świata. Choć biało-czerwoni przegrali wtedy po pasjonującym pojedynku 5:6 z Brazylią, Ezi aż cztery razy wpisał się na listę strzelców.
Mam do postaci Ernesta Wilimowskiego osobisty stosunek. Wiele, wiele lat temu na seminarium magisterskim na polonistyce UŁ mojemu promotorowi profesorowi Zdzisławowi Skwarczyńskiemu wspomniałem, że interesuję się postacią Eziego, wtedy wyklętą, zakazaną, zapomnianą. I się zaczęło… Co tydzień na seminarium opowieściom o Wilimowskim nie było końca.
Okazało się, że pan profesor przed wojną grał przeciwko śląskiemu piłkarzowi i nie krył zachwytów nad umiejętnościami Eziego. Dla niego Wilimowski był polskim piłkarzem wszech czasów, choć widział w akcji Gerarda Cieślika, Ernesta Pohla, Włodzimierza Lubańskiego, Kazimierza Deynę czy zaczynającego wtedy zdobywać piłkarskie szczyty – Zbigniewa Bońka…
Przez ponad 30 lat pisałem, bardzo często o sporcie, wzbudzający spore emocje felietonik Ryżową Szczotką w Expressie Ilustrowanym. Uznałem, że warto do niego wrócić. Wiele się zmieniło, a jednak nadal są sprawy, które wymagają komentarza bez owijania w bawełnę.
Pisze z Łodzi sobie szkodzi - tak tytułował swoje felietony znakomity Zbyszek Wojciechowski. Inny świetny dziennikarz Antoś Piontek mówił, że w sporcie jak w żadnej innej dziedzinie życia widać czarno na białym w całej jaskrawości otaczającą nas rzeczywistość. Do tych dwóch prawd chcę nadal nawiązywać.