
Nie wiem, jak Państwu, ale mnie się podobało. W dobie zabijania meczów przez taktyczne zdyscyplinowanie wydawało się, że coś takiego nie może się zdarzyć, no chyba że tylko w dramatycznych końcówkach, doliczonym czasie gry.
Tymczasem w niechcianym przez uczestników (?!) meczu o brązowy medal mistrzostw świata, było to, co wszyscy kochamy najbardziej: futbolowe szaleństwo, piękne akcje, luz, blues, w grze same dziury, ale… Zobaczyliśmy dziesięć bramek i wyjątkową dramaturgię. Francuzi przegrywali już 0:4, a potem mieli wiele okazji, żeby doprowadzić do wyrównania. Nie zrobili tego więc przegrali z Anglikami 4:6!
Wydawało mi się, że to już czas przeszły, zamierzchły, wyczytany w książkach i przechowywany w pamięci. Wróciły do mnie opowieści sprzed pół wieku mojego profesora na polonistyce. Przed wojną grał w polskiej lidze, w której goli padało co niemiara. A on i tak wspominał przede wszystkim strzelecki kunszt Ernesta Wilimowskiego, który m.in. 21 maja 1939 roku ustanowił rekord ligi, który wydaje się nie do pobicia. W spotkaniu z Union Touring Łódź strzelił aż 10 goli!
Teraz historia zatoczyła koło. Znów było dawne, pełne goli, dobrze się oglądające granie. Wróciły radosne czasy futbolu. Niech nikt mi nie mówi, że mecze o trzecie miejsce mistrzostw świata są nic niewarte!
