Ryżową Szczotką

Rezerwowy Pafka

Page 6 of 190

Literatura potrafi być piękna. Polecam gorąco: Warto przeżyć tę fantastyczną miejsko – przyrodniczą przygodę i przeczytać książkę Stanisława Łubieńskiego

Gdyby nie literacki Paszport Polityki pewnie bym się tym autorem nie zainteresował, nie zaciekawił. Przyznam szczerze, bijąc się w pierś, że wszystkie literackie informacje, przechodziły mi koło ucha. Jak to możliwe, sam chciałbym wiedzieć. Teraz nadrabiam straty z podwójną czytelniczą satysfakcją.

Dawno, a może nigdy nie czytałem tak fascynującej opowieści o przyrodzie, która staje się sensacyjną książką edukacyjno – przygodową, odkrywczą na miarę dokonań Kolumba, dla takiego zwykłego deptaka miejskich i podmiejskich bruków, jak ja. Byłem nieświadomy, że ten świat obok, tak niezauważany, fascynujący może być tym bardziej.

Trzeba umieć napisać zajmująco o takiej, degradowanej przyrodzie, przy okazji tworząc traktat o zmieniającym się mieście oraz o smutku przemijania. Czuły narrator potrafi zaciekawić, zmusić do refleksji, a nawet skłonić do czynu: własnych wycieczek, obserwacji, choć robionych bez tak ogromnej wiedzy, jaką subtelnie, delikatnie i jakby na marginesie, prezentuje autor.

Podczas odbierania paszportu, Stanisław Łubieński opowiedział o…świergotku syberyjskim. – Tydzień temu moi znajomi widzieli w Warszawie świergotka syberyjskiego, była to pierwsza w historii obserwacja tego gatunku w Polsce. Cieszę się, że mogę o tym opowiedzieć, bo dowiecie się o istnieniu świergotka syberyjskiego, może też się nim trochę rozczulicie i przejmiecie jego losem, może sprawdzicie, jak wygląda – ale przyznaję, że to jest uroda raczej dla koneserów. W Polsce zaobserwowano do tej pory 475 gatunków ptaków, 476 ze świergotkiem syberyjskim – mówił. 

– Przyroda jest zagrożona przez ludzką chciwość i głupotę, wydaje się na jej ochronę mało i niechętnie, jakby z łaski, tak jakby były ważniejsze wydatki niż ochrona i odbudowa systemu, który podtrzymuje życie na tej planecie. Przyrodę traktuje się jak przeszkodę na drodze do rozwoju i do mirażu świetlanej przyszłości. Pamiętajmy, że jesteśmy gatunkiem, który ma wielką, nieproporcjonalną władzę nad światem, a władza to jest odpowiedzialność.

Warto pamiętać to nazwisko – Stanisław Łubieński (ur. 1983 r.) – kulturoznawca, ukrainista, z zamiłowania przyrodnik. W 2017 r. po raz pierwszy nominowany do Paszportu za książkę „Dwanaście srok za ogon” (wyd. Czarne), otrzymał też za nią Nagrodę NIKE czytelników. Autor reportażu historycznego „Pirat stepowy” o życiu Nestora Machno, przetłumaczonego na chorwacki i ukraiński. Prowadzi spacery przyrodnicze po Warszawie, jest gospodarzem audycji „Księstwo Ptaków” w radiowej Trójce i Prezesem Zarządu Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków.

Ja od razu zadeklaruję: opowieści o srokach i nie tylko poszukam na księgarskich półkach!

Stanisław Łubieński Drugie życie czarnego kota, ilustrowała Zosia Frankowska, Agora Książka i Muzyka

Tegoroczna premiera polskiego rugby. W sobotę bardzo ważny mecz z Chorwacją. Liczymy na zwycięstwo!

Zdjęcia: Wojciech Szymański

Zanim ruszy ekstraliga rugby, jest czas dla reprezentacji Polski. 28 lutego o 14 Biało-Czerwoni zagrają w Makarskiej kluczowy mecz Rugby Europe Trophy z Chorwacją.

Link do transmisji: https://www.rugbyeurope.eu/

W kadrze znaleźli się zawodnicy z klubów krajowych oraz ośmiu występujących za granicą. Trzech graczy powołano z KS Budowlanych WizjaMed Łódź. To: Jakub Małecki oraz dwóch debiutantów: Aleksander i Nicolas Lechowscy.

Przed reprezentacją 332. oficjalny występ i szansa na czwarte zwycięstwo w historii nad Chorwacją. Historia meczów obu reprezentacji: 19 listopada 2000, Zagrzeb – Chorwacja – Polska 3:8 (3:5), 28 października 2006, Makarska – Chorwacja – Polska 11:12 (3:0), 27 października 2007, Gdynia – Polska – Chorwacja 14:15 (9:12), 22 lutego 2025, Gdynia – Polska – Chorwacja 58:27 (32:10)

Prawda jest taka, że po porażce z Czechami (to pierwsza przegrana duetu trenerskiego: Kamil Bobryk, Tomasz Stępień) ważny jest każdy punkt, liczy się każde zwycięstwo. Pewnie do ostatniej chwili będzie się ważyć sprawa triumfu w rozgrywkach – my czy Czesi. Po meczu z Chorwacją naszą drużynę czeka jeszcze jeden pojedynek – w kwietniu u siebie ze Szwecją. Szkoda, że temu, gdzie spotkanie zostanie rozegrane, towarzyszą niezdrowe emocje, a może coś więcej… ukazując wstrząsająco – przygnębiający obraz rugbowego związku.

Spotkanie z Chorwacją będzie czwartym występem Polaków w obecnym sezonie. Na inaugurację pewnie pokonali Litwę 41:8, następnie wygrali z Danią 47:6, by w ostatnim spotkaniu minimalnie ulec Czechom 30:32.Po porażce z Czechami Polacy nie stracili pozycji lidera i mają los w swoich rękach w kontekście ewentualnego powrotu do wyższej dywizji Rugby Europe Championship.

Trener reprezentacji – Kamil Bobryk na łamach tygodniksiedlecki.com wyjaśnia: W europejskich rozgrywkach mamy Turniej Sześciu Narodów, który stanowi najwyższą rangę, później jest Rugby Europe Championships, czyli druga klasa rozgrywkowa, Rugby Europe Trophy – trzeci poziom, w którym obecnie występujemy i Rugby Europe Conference – najniższy stopień rozgrywek.

W ubiegłym roku, gdy wygraliśmy swoją grupę, można było uznać Polskę za 13. drużynę w Europie. W bieżących rozgrywkach gra toczy się o awans do Championships. Naszym celem długookresowym jest stworzenie takich warunków, żeby nie tylko ten awans uzyskać, ale też być w stanie na stałe zadomowić się w drugiej lidze. Skupiamy się na realizacji pojedynczych kroków. Każdy następny mecz stanowi nowe wyzwanie. Gdy będziemy zaliczać małe cele, w końcu przyjdzie czas na większy efekt.

Wyjazdy przestały się śnić piłkarzom ŁKS po nocach, ale… Co zrobić, żeby nie przeżywać sportowego koszmaru na własnym boisku?!

Podcinka Jaspera Loffelsenda Fot. Artur Kraszewski

Wyjazdowe mecze, to był sportowy koszmar piłkarzy ŁKS. Nawet w spotkaniach, w których mieli więcej z gry, więcej sytuacji, łodzianie schodzili z murawy z opuszczoną głową. Aż 6 razy musieli przeżyć gorycz porażki. I to się zmieniło. Obce boiska przestały być im straszne, a wszystko stało się… nie za dotknięciem czarodziej, tylko za sprawą pracy, jaką wykonał z zespołem Grzegorz Szoka. Jesienią wygrał w Łęcznej, a wiosną w Bytomiu i w Mielcu.

Na dodatek ŁKS pokazał już dwa razy, że potrafi odwracać losy meczu. To może oznaczać, że nie ma w tym przypadku. Jak zatem nie patrzeć poza Łodzią gra lepiej, a u siebie. No, po prostu po wpadce z Chrobrym, musi wygrać, bo inaczej całkiem wygoni kibiców ze stadionu! A wyzwanie znów nie będzie łatwe. 28 lutego o godz. 19.30 ŁKS podejmie Miedź Legnica, która też marzy o zajęciu miejsca premiowanego przynajmniej udziałem w barażach. Nie będzie zmiłuj się. Czeka łodzian walka na całego, oby zwycięska.

Pozytywy meczu w Mielcu. Tylko raz łodzianie dali się zaskoczyć we własnym polu karnym, tak w miarę kontrolowali grę defensywną, nie dając rywalom szans na stworzenie bramkowych sytuacji. Wrócił do ligowej jedenastki Sebastian Rudol, ba wrócił z opaską kapitana. Faktem jest, że trochę mu się upiekło, bo mógł w jednej sytuacji ujrzeć czerwoną kartkę, ale im dalej w mecz, tym lepiej. Grał coraz pewniej, odważniej, stając się ważną postacią na boisku.

Na pewno cieszy to, że najlepszy mecz wiosną rozegrał najlepszy piłkarz ŁKS w jesiennych zmaganiach czyli Jasper Loffelsend. A swój udany występ udokumentował bramkę, zdobytą w sytuacji sam na sam znakomitą techniczną podcinką nad bramkarzem.

ŁKS pokazał w kilku akcjach, że ma ofensywny potencjał. Umie szybko i dokładnie przeprowadzić kontratak, serią dokładnych podań zbudować groźną sytuację pod bramką rywala. Chciałoby się wierzyć, że tych pozytywnych kroków będzie więcej i jeszcze więcej…

Laga do przodu to może być za mało, żeby Widzew zdobył choć jeden punkt w Szczecinie. Potrzeba więcej jakości i skuteczności w grze!

FotoSzyK

Bezbramkowy remis, po bezbarwnym meczu z Cracovią, trochę ostudził widzewski entuzjazm i pokazał, że w walce o utrzymanie się w ekstraklasie łatwo nie będzie. 28 lutego o godz. 14.45 Widzew zagra z Pogonią w Szczecinie i słaby pressing, granie głównie lagą do przodu oraz walka, to może być za mało, żeby odnieść sukces. A punktów potrzeba łodzianom, jak powietrza.

To ogromna strata, że w Szczecinie z powodu nadmiaru żółtych kartek prawdopodobnie zabraknie najbardziej energetycznego piłkarza łodzian, pchającego grę do przodu – Mariusza Fornalczyka. Nie będzie też jego ewentualnego zmiennika – Angela Baeny, bo jest kontuzjowany. Dojdzie nowy, doświadczony obrońca – Steve Kapuadi.

Wróci do składu Sebastian Bergier. To z kolei bardzo dobra wiadomość, bo w meczu z Cracovią (0:0) grania w ataku praktycznie nie było. Andi Zeqiri więcej biegał po boisku bez większego sensu, niż grał. Zagrożenia nie stwarzał żadnego. Takim występ skazuje się na grzanie ławy.

Igor Jovicević rozbrajająco przyznaje, że w ofensywie jest… wielka posucha: – W meczu z Cracovią mieliśmy dostępnych tylko dwóch graczy – Bartka Pawłowskiego i Frana Alvareza. Nie był to też meczu, w którym łatwo byłoby złapać rytm, wchodząc z ławki.

Widać jak na dłoni, że grę łodzian muszą ciągnąć i jej pilnować nowi piłkarze – Lukas Lerager i Emil Kornvig. Bez ich dyscyplinującej postawy na boisku zespół może się w kolejnym spotkaniu posypać niczym domek z kart. A zatem z pewną sportową obawą czekam na to, co stanie się w Szczecinie. 28 lutego o godz. 14.45 mecz Pogoń – Widzew.

Jarosław Piechota chciał zdobyć schodowy Mont Everest. Skończył na 36 wejściach na 42 piętro i na 5841 m

Zdjęcia: archiwum Jarosława Piechoty

Jarosław Piechota jak zwykle stawia przed sobą wielkie sportowe wyzwania. Teraz chciał zdobyć schodowy Mount Everest. Cóż nie udało się. Brawa, za walkę, hart ducha i ambicję.

Jarosław Piechota: – Emocje już opadły. Jechałem na te zawody ze świadomością zdobycia Everestu. Trening zrobiony, więc spokojna głowa ale drastyczny zwrot sytuacji, zbyt mocny początek po 9 min na okrążenie i stało się…

Po 8 godz. pierwszy odpoczynek, nogi jak beton ale idę dalej. Z każdym okrążeniem zaczynam walczyć ze sobą i piętrami  i czego się nie spodziewałem, podejmuje decyzje o północy że schodzę z trasy.

Kończę na 36 wejściach na 42 piętro i na 5841 pokonanych metrach. To nie był mój dzień.

To był mój trzeci udział w tych zawodach, ale pierwszy raz na budynku Skyliner. Trzeba tu wyraźnie zaznaczyć, że różnice pomiędzy klatkami schodowymi Marriott w którym biegałem poprzednio, a Skyliner, w którym biegałem w tym roku, były znaczące czyli stopień wyższy i nachylenie dużo większe, dlatego zdobyć Everest było jeszcze trudniej.

18 – 19 lutego 2017 roku zdobyłam Everest w 21 godzin , 65 x 42 piętra

8 – 9 lutego 2020 roku zdobyłam jako drużyna Piechotą Po Schodach 1 miejsce 15 288 m , 112 wejść , 4 704 pięter

Dziękuję za wsparcie całej mojej grupie Piechotą po schodach i serdeczne gratuluję wszystkim świetnych wyników.

Tymczasem charytatywny XIV Bieg na Szczyt RONDO 1 w Warszawie już 28 marca. Miejsca w ogólnodostępnej sprzedaży wyczerpały się, ale nadal można zarejestrować drużynę firmową. Cały przychód z opłat startowych przekazywany jest na rzecz Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce w Polsce -zebrana w ten sposób kwota przekroczyła już 400 tysięcy złotych! Każdy uczestnik niezależnie od osiągniętego wyniku otrzyma na mecie pamiątkowy medal. Dodatkową nagrodą będzie… panorama Warszawy z 37. piętra RONDO 1

ŁKS pokazał, że potrafi odwracać losy meczu na swoją korzyść. Trzy zdobyte punkty dają nadzieję na lepszą przyszłość

To znak firmowy wiosennego ŁKS – musi być źle, żeby na koniec było dobrze. Łodzianie przegrywali, ale potrafili odwrócić losy meczu. Odnieśli dziewiąte zwycięstwo, czwarte na obcym boisku i nadal nie przestają… marzyć.

Zaszły zmiany w najbardziej wrażliwej formacji czyli w defensywie. W wyjściowym składzie miejsce Kupczaka zajął debiutant Pingot, a Fałowskiego – Rudol (został kapitanem). Kontuzjowanego Głowackiego zastąpił w składzie Norlin.

I co? Pierwsza groźna akcja gospodarzy przyniosła im gola. Centra Szeligi trafiła na głowę niepilnowanego w polu bramkowym Puerto, który nie mógł zrobić nic innego, jak zdobyć bramkę. Inna sprawa, że pozostaje bez odpowiedzi pytanie, dlaczego Bobek nie interweniował, tylko został na linii bramkowej? Wszystko to stało się nomen omen w 13 minucie.

ŁKS próbował odrobić straty. Po znakomitym prostopadłym podaniu Rudola, w polu karnym został sfaulowany Norlin przez byłego ełkaesiaka – Szeligę i sędzia Wajda podyktował jedenastkę. Po analizie VAR musiał ją odwołać, bo zanim doszło do przewinienia, pomocnik łodzian zagrał piłkę ręką. Jak arbitrzy potrafili to jednoznacznie rozstrzygnąć, sam chciałbym wiedzieć. W każdym razie ełkaesiacy nie mogli uwierzyć, że podjęto taką decyzję. Protestował trener Szoka i ujrzał żółtą kartkę.

Na początku drugiej połowy gości przed utratą bramki znakomitą interwencją ratował Bobek. W odpowiedzi pięknym prostopadłym podaniem popisał się Toma, a Loffelsend w sytuacji sam na sam znakomitą podcinką nad bramkarzem doprowadził do wyrównania. A potem po rzucie rożnym i inteligentnej główce Norlina, piłkę głową posłał do bramki Craciun. Ofensywna, odważna gra łodzianom przyniosła rezultaty, choć w końcówce trzeba było inteligentnie bronić korzystnego wyniku. Udało się, są trzy, cenne punkty.

28 lutego o godz. 19.30 ŁKS podejmie Miedź Legnica.

Stal Mielec – ŁKS 1:2 (1:0)

1:0 – Puerto (13, głową), 1:1 – Loffelsend (51), 1:2 – Craciun (62, głową)

ŁKS: Bobek – Rudol, Craciun, Pingot, Loffelsend(74, Krykun), Wysokiński, Terlecki, Hinokio(86, Lewandowski), Norlin, Toma(74, Ernst), Piasecki(67, Arasa)

Największa polska wygrana zimowych igrzysk olimpijskich, o której mówił cały świat, to… pluszowa poduszka w kształcie pieroga

Było i szybko minęło. Chyba trzeba znaleźć lepsze zimowe terminy dla zimowych igrzysk olimpijskich, bo rozkręcająca się po zimowej przerwie europejska, ligowa piłka nożna zepchnęła je w cień.

Z naszego, polskiego punktu widzenia kompromitacji i wielkiej medalowej posuchy nie było, w czym największa zasługa najbardziej krytykowanych w trakcie sezonu skoczków. To przez moment był najbardziej zdołowany sport w Polsce. I co? Nagle odrodził się,niczym Feniks z popiołów i znów jest na topie. Widać, jak na dłoni, że to skoczkowie najlepiej utrafili z formą na najważniejszą zimową imprezę czterolecia.

Oczywiście bez polskich aferek by się nie obyło. Prezes PKOl mylił nazwisko swojej największej gwiazdy, skoczka Kacpra Tomasiaka. Saneczkarki, które zajęły niespodziewanie wysoką lokatę, narzekały na muzealnysprzęt. Jak zwykle niewinni czarodziejeczylizwiązkowi działacze po raz kolejny dowiedli wszem i wobec, że związki sportowe potrafią być kulą u nogipolskiego sportu. Ciekawe jest teraz, jak nasi medaliści poradzą sobie z nagrodami wypłacanymi w…kryptowalutach.

A kto był największym polskim wygranym olimpijskich zmagań? Co zrobiło największą furorę? Pluszowa poduszka w kształcie pieroga. Zabrana spontanicznie przez polską łyżwiarkę podbiła serca kibiców i rozsławiła Polskę.

wirtualnemedia.pl: Zdjęcie maskotki publikuje kanadyjska stacja telewizyjna CBC. Dodaje krótki opis: „Pluszowy pieróg”. Fotografia szybko staje się viralem.

Polscy łyżwiarze figurowi zdobywają 10. miejsce w konkursie drużynowym. Pozują do zdjęć z poduszką w ręku. I to znów „Pieroguszka” kradnie show. „Wyślijcie do USA!” – woła raper Snoop Dogg na Instagramie. A Jak to się przełożyło na sprzedaż poduszek z katowickiej manufaktury? – Sprzedaliśmy cały zapas – oznajmia Przemysław Sołtysik, prezes Spółdzielni Socjalnej Honolulu, która wyprodukowała maskotkę.

Aneta Książek z Polskiej Agencji Turystycznej: – Cieszę się, że „Pieroguszka” stała się tak rozpoznawalnym, ciepłym symbolem Polski podczas zimowych igrzysk. To świetny przykład tego, jak kultura może być mostem: z jednej strony mówimy o pierogach, czyli jednej z najbardziej znanych potraw polskiej kuchni, która budzi skojarzenia z domem, gościnnością i tradycją. Z drugiej strony ten sukces ma bardzo ważny wymiar społeczny, bo maskotka powstaje ręcznie w Katowicach w warsztatach prowadzonych przez Spółdzielnię Socjalną Honolulu, która zatrudnia osoby z niepełnosprawnościami i wspiera ich reintegrację zawodową oraz społeczną.

Historia spotkania piłkarskich gigantów: Kazimierza Górskiego z Ernestem Wilimowskim. Ten poniedziałkowy spektakl Teatru Telewizji zapowiada się wręcz sensacyjnie!

Lubię oglądać Teatr Telewizji, ale przyznaję, że na ten spektakl czekam z wyjątkową niecierpliwością… W poniedziałek, 23 lutego o godz. 20.30Teatr Telewizji pokaże spektakl Ezi, autorstwa Roberta Talarczyka. To opowieść o spotkaniu dwóch piłkarskich gigantów: Ernesta Wilimowskiego i Kazimierza Górskiego podczas mistrzostw świata w piłce nożnej w 1974 roku w Monachium.

Ezi zamienia wtedy kilka kurtuazyjnych zdań z Kazimierzem Górskim i znika, zostawiając Górskiemu napisaną po niemiecku kartkę: Chciałem Pana poznać, o panu teraz głośno, niech się powiedzie polskiej drużynie, proszę mnie źle nie wspominać. Zdarzenie to stanowi kanwę scenariusza spektaklu.

W postacie głównych bohaterów wcielają się Andrzeja Chyra (Wilimowski)i Zbigniew Zamachowski (Górski). Widowisko wyreżyserował Janusz Zaorski, dla mnie autor jednego z najlepszych i najprawdziwszych filmów o PRL czyli Piłkarskiego pokera. Obrazu pełnego wyjątkowych historii o ówczesnym życiu, sporcie i pełnym szwindli futbolu.

Czytam w zapowiedziach spektaklu: Górski – już za życia stał legendą polskiej piłki nożnej, Wilimowski – za występy w reprezentacji III Rzeszy został po wojnie wykreślony z piłkarskich annałów i dopiero zaczyna istnieć w powszechnej świadomości kibiców. Rozmowa obu bohaterów stała się pretekstem do rozliczenia z historią XX wieku

– To znakomity temat na film – stwierdził po prezentacji spektaklu Wojciech Smarzowski, reżyser m.in. Drogówki oraz Domu złego i Domu dobrego. – Fantastyczna historia, warta opowiedzenia.

O Kazimierzu Górskim, to co najważniejsze, wie każde interesujące się piłką polskie dziecko. A Ernest Wilimowski? Do dziś pozostaje rekordzistą w liczbie strzelonych bramek w jednym spotkaniu na najwyższym poziomie rozgrywkowym w polskiej piłce. 21 maja 1939 roku w Chorzowie, podczas meczu ligowego z Union-Touring Łódź (12:1) Wilimowski dziesięć razy trafił do łódzkiej bramki! Z Ruchem Wielkie Hajduki, czyli dzisiejszym Ruchem Chorzów, czterokrotnie zdobył trofeum mistrza Polski (1934, 1935, 1936, 1938). Tyle samo razy sięgał po koronę króla strzelców.

Piłkarz brylował także w reprezentacji Polski. Przez 56 lat był rekordzistą pod względem liczby zdobytych goli w jednym meczu na mistrzostwach świata. Choć biało-czerwoni przegrali wtedy po pasjonującym pojedynku 5:6 z Brazylią, Ezi aż cztery razy wpisał się na listę strzelców.

Mam do postaci Ernesta Wilimowskiego osobisty stosunek. Wiele, wiele lat temu na seminarium magisterskim na polonistyce UŁ mojemu promotorowi profesorowi Zdzisławowi Skwarczyńskiemu wspomniałem, że interesuję się postacią Eziego, wtedy wyklętą, zakazaną, zapomnianą. I się zaczęło… Co tydzień na seminarium opowieściom o Wilimowskim nie było końca.

Okazało się, że pan profesor przed wojną grał przeciwko śląskiemu piłkarzowi i nie krył zachwytów nad umiejętnościami Eziego. Dla niego Wilimowski był polskim piłkarzem wszech czasów, choć widział w akcji Gerarda Cieślika, Ernesta Pohla, Włodzimierza Lubańskiego, Kazimierza Deynę czy zaczynającego wtedy zdobywać piłkarskie szczyty – Zbigniewa Bońka…

Widzew. Zdobyty punkt, po bezbramkowym remisie, jest cenny, choć wielkiej satysfakcji z gry drużyny nie było

W sytuacji, gdy walczy się w dolnych rejonach tabeli, każdy zdobyty punkt jest na wagę złota, choć sposób jego wywalczenia wielkiej sportowej satysfakcji nie przynosi. Widzew zremisował dopiero trzeci mecz w rozgrywkach. Krakowianie zrobili to po raz dziewiąty. Nie przegrali meczu od siedmiu ligowych starć. W czterech wiosennych pojedynkach stracili tylko jedną bramkę…

Wróćmy do Widzewa. Zwycięskiego składu się nie zmienia i tak postąpił trener Jovicević poza jednym wyjątkiem. Korektę wymusiła czwarta żółta kartka. Bergiera w ataku zastąpił Zeqiri. Mecz się opóźnił o cztery minuty, bo było problemy z łącznością sędziego z VAR. A każda upływająca minuta była cenna, bo pojedynek rozpoczął się przy temperaturze -5 C.

Napędzeni ostatnim sukcesem gospodarze rozpoczęli odważnie, ofensywnie. Ich akcje kończyły się jednak niecelnymi, bądź zablokowanymi strzałami. Ostrożna Cracovia po ponad kwadransie zdecydowała się na atak. Końcami palców wybił piłkę nad poprzeczkę Drągowski po strzale Klicha.

Bezsensowne zachowanie Fornalczyka, który klepnął rywala w klatkę piersiową, a ten oczywiście padł na murawę, niczym rażony piorunem. Efekt? Widzewiak ujrzał żółtą kartkę, już ósmą w sezonie i w następny meczu nie zagra. Trzeba było sporo uwagi poświęcić tej sytuacji, bo na boisku królowały tylko chaos i przypadek.

Pomocnik starał się rehabilitować. Był aktywny, ale gdy już decydował się na ładny techniczny strzał z dystansu (spadający liść), to piłka leciała minimalnie obok słupka. Podobnie, jak po uderzeniu Zeqiriego. Goście byli konkretniejsi. Trafili do bramki po kontrze, ale na szczęście dla łodzian sędzia, po analizie VAR, odgwizdał spalonego. Odetchnął Drągowski, który piłkę do obrony przepuścił między nogami. W sumie futbolu godnego uwagi nie było za wiele w ciągu pierwszych 45 minut.

Odważniej drugą połowę zaczęli goście, ale to składną, groźną akcję przeprowadził Widzew. Po faulu na Fornalczyku łodzianie mieli rzut wolny. Strzał Shehu nie był jednak tak trudny, żeby bramkarz Madejski sobie z nim nie poradził. Popisy pirotechniczne kibiców zadymiły boisko. Sędzia przerwał grę.

Po jej wznowieniu energiczniej atakowali gospodarze, ale niewiele z tego wynikało. Miał szansę pokazania się w dobrej sytuacji rezerwowy Alvarez, ale źle przyjął piłkę i wyszła futbolowa kicha. W odpowiedzi w doliczonym czasie Andreou sfaulował Bogacza. Było to tak ostre wejście, że Krakowian opuścił plac gry. A potem po ogromnym zamieszaniu w polu karnym Widzew miał szczęście, że nie stracił bramki. Poczynaniami obu drużyn rządził kompletny chaos, z którego nic sensownego nie wyniknęło. I to by było na tyle…

Mecz obejrzało 17384 kibiców. Zimno im niestraszne. 28 lutego o godz. 14.45 Widzew zagra z Pogonią w Szczecinie.

Widzew – Cracovia 0:0

Widzew: Drągowski – Krajewski (90+2, Isaac), Andreou, Wiśniewski, Cheng – Bukari, Shehu, Lerager, Fornalczyk (90+2 Pawłowski)- Kornvig, Zeqiri (85, Alvarez)

Ekstremalne wyzwanie. Zimno nie musi być straszne czyli zimowa noc spędzona przez sześcioro śmiałków w Spalskim Lesie

Fot. UMWŁ

Zimowy sport ekstremalny? Morsowanie. Tak mogłoby się wydawać, bo survival, który zaliczyła w spalskim lesie grupa sześcioro śmiałków w naszym regionie przebija zimowe kąpiele.

Agnieszka Lubiatowska z UMWŁ: Sześcioro śmiałków plus pies zdecydowało się na nietypowy eksperyment,  spanie w zimowej scenerii, Byli przygotowani na wszelkie niedogodności. Główną organizatorką wyprawy była Luiza, ratownik medyczny, która dba nie tylko o logistykę, ale też bezpieczeństwo całej grupy. Wśród uczestników byli także przedsiębiorca i menadżer. Grupa zadbała o wszystko: mają namioty, śpiwory, kociołki i butle z gazem. Gorąca woda wrzucona do śpiwora, ciepła herbata rano i wieczorem oraz ognisko – to ich podstawowe triki na przetrwanie w niskich temperaturach.

W Lesie Spalskim grupa nocowała w hamakach podwieszonych na drzewach, a nie tylko klasycznie w namiotach. Każdy hamak przykrycie, które chroni przed wiatrem i opadami, a jednocześnie dawał poczucie komfortu i przestrzeni.

A teraz garść wrażeń: – Najbardziej pomaga dobre towarzystwo i świadomość, że możemy na siebie liczyć – podkreślali uczestnicy. Biwakowanie solo byłoby zdecydowanie trudniejsze. To integrowało: wspólne budowanie paleniska, dbanie o ciepło i wzajemnie się pilnują, by każdy był bezpieczny.

Mary mówi, że zawsze bierze ze sobą więcej rzeczy, takich jak wełniany koc, ciepłe skarpety, a jeśli nocuje w hamaku – także specjalną podpinkę. W razie nagłego zimna przydają się również grzałki chemiczne. – Najważniejsze- to dobry materac i izolacja od gruntu lub podpinka w hamaku.

Czarek zwraca uwagę, że sprzęt musi być dobrze dobrany do warunków, a przed snem warto zjeść coś tłustego i ciepłego. – Puchowy śpiwór najlepiej rozłożyć w ostatniej chwili, żeby nie nasiąknął wilgocią – stwierdza.

Nie zawsze jest lekko. Luiza wspomina, że kiedyś w nocy napadało 30 cm śniegu i trudno było wrócić do obozu. Bartek dodaje, że najtrudniejsze jest wejście do hamaka z dwoma śpiworami i ułożenie się w „kokonie”, a także rozstawienie namiotu czy hamaka, gdy ręce stają się zdradliwie zimne.

Wszelkie przeszkody okazały się niestraszne, Grupa śmiałków spędziła zimową noc w lesie w dobrej kondycji i znakomitych humorach. Wszyscy zgodnie przyznali, że noc była zdecydowanie za krótka, bo ta spędzona w lesie daje coś wyjątkowego, pozwala złapać oddech, poczuć inne powietrze i buduje prawdziwą wspólnotę.

« Older posts Newer posts »

© 2026 Ryżową Szczotką

Theme by Anders NorenUp ↑