
Fot. widzew.com
Widzew uratował się w ostatniej chwili przed spadkiem z ekstraklasy. Więcej na niego pomstowano w sezonie, niż chwalono. Wykpiwano transfery, na które Łodzianie wydali latem 23 miliony euro. No, było trochę ludzi, którzy się nie sprawdzili, albo zawiedli kompletnie: Bukari, Zeqiri, Selahi, Akere, Ilić. Lepiej spuścić na nich zasłonę milczenia. Pożegnać, zapomnieć i po prostu znaleźć lepszych, najlepiej za mniejsze, dużo mniejsze pieniądze. Może czas najwyższy spojrzeć uważnie na polską I i II ligę?!
Nie wszystko było złe. Nie wszyscy zawiedli. Jest czterech muszkieterów, którzy mają wielki wpływ na uratowanie ekstraklasy. Nie, nie zapominam, że Sebastian Bergier zdobył w sezonie 14 bramek, że pierwszego gola w najważniejszym meczu strzelił Mariusz Fornalczyk, że hat tricka (w 13 minut!) zaliczył w sezonie Fran Alvarez, ale…
Uratowanie ekstraklasy, dla mnie, to w głównej mierze zasługa czterech ludzi. Wskażmy ich: trener Aleksandar Vuković, bramkarz Bartłomiej Drągowski, obrońcy: Steve Kapuadi i Przemysław Wiśniewski.
Vuković stworzył coś z niczego, co powoli rozsypywało się niczym domek z kart. Scementował zespół, dokonał twardych, ale słusznych kadrowych wyborów, czasami przesadzał z antygrą, ale cel osiągnął. Vuko prowadził Widzew w 11 spotkaniach. Zespół zanotował pięć zwycięstw, trzy remisy i trzy porażki, a sezon zakończył na 14. pozycji, ratując się przed degradacją do I ligi. Całe szczęście szkoleniowiec zostaje i będzie starał się zbudować drużynę walczącą o coś więcej, niż przetrwanie.
Kapuadi i Wiśniewski z meczu na mecz rozumieli się lepiej, pilnowali skutecznie przedpola, nie dawali rywalom szans na bramkowy popis. Drągowski miał różne momenty, ale gdy już musiał pokazać bramkarską klasę, to to robił. Bronił nieprawdopodobnie trudne piłki, choćby w ostatnim pojedynku z Piastem, gdy sparował futbolówkę na słupek po uderzeniu Jasona Lokilo.
Są fundamenty, na których można tworzyć lepszy zespół, który będzie walczył o miejsce w górnych rejonach tabeli!



















