Ryżową Szczotką

Rezerwowy Pafka

Urodziny jednego z najlepszych polskich piłkarzy – Marka Dziuby. Doceniła go nawet… Poczta Paragwaju. Będzie wyjątkowy benefis, w tym międzynarodowy turniej walking futbol

Fot. ŁKS Łódź

Międzynarodowy turniej walking futbol, będący uhonorowaniem 70.urodzin Marka Dziuby – byłego reprezentanta Polski w piłce nożnej, medalisty Mistrzostw Świata z 1982 r., zawodnika i trenera ŁKS Łódź i Widzewa Łódź.

W imprezie weźmie udział około 60 piłkarzy z 4 krajów (m.in. drużyny Borussii Dortmund, Sint Truidense z Belgii, Heracles Almelo z Holandii, Walking Futbol ŁKS Łódź, Walking Futbol ŁKS Łódź Lejdis oraz Reprezentacja Polski Walking Futbol. Turniej odbędzie się w hali Sport Arena im. Józefa „Ziuny” Żylińskiego. Impreza rozpocznie się 19 grudnia o godz. 13.30. Po turnieju odbędzie się mecz pokazowy pomiędzy WF ŁKS Łódź a byłymi reprezentantami Polski w piłce nożnej z lat 90-tych (sędziować będzie Michał Listkiewicz).

Fot. archiwum Jacka Bogusiaka

Niezawodny kustosz pamięci ŁKS – Jacek Bogusiak przypomniał. Po mistrzostwach świata w Hiszpanii w 1982 roku, w których znakomity obrońca, jak i cały polski zespół po prostu sportowo błyszczał (trzecie miejsce!), Poczta Paragwaju wydała znaczek, na którym znalazł się Marek Dziuba. Potem w ślady Paragwajczyków poszła… Poczta Polska, który na 60 urodziny wydawał znaczek z podobizną Marka.

Fot. archiwum Jacka Bogusiaka

Dziuba debiutował w ŁKS w 1973 roku. Przy al. Unii grał przez dekadę. W 1984 roku przeniósł się do Widzewa, z którym zdobył Pucharu Polski. Grał też w Belgii. W reprezentacji Polski debiutował w 1977 roku. Zagrał w 53 meczach, zdobył jednego gola (z Algierią 19 listopada 1980). Były spotkania, gdy pełnił funkcję kapitana narodowego teamu. Potem był znakomitym trenerem. Z ŁKS zdobył mistrzostwo Polski, a z Widzewem – wicemistrzostwo.

Plan imprezy (piątek, 19.12, Sport Arena al. Unii Lubelskiej 2)

godzina 13.30 – początek turnieju walking futbol

godzina 14 – odsłonięcie pamiątkowej tablicy w Galerii Sław Łódzkiego Sportu

godzina 17 – początek Benefisu Marka Dziuby

Warto dodać, że 19 grudnia w Sport Arenie mają się m.in. pojawić: Antoni Piechniczek, Grzegorz Lato, Józef Młynarczyk, Piotr Mowlik, Jan Domarski, Zdzisław Kapka, Paweł Janas, Jan Tomaszewski, Mirosław Bulzacki, Jerzy Kasalik, Jerzy Engel, Mirosław Okoński, Marcin Mięciel, Jacek Krzynówek, Maciej Szczęsny, Piotr Świerczewski, Marek Chojnacki, Marek Saganowski, Ariel Jakubowski, Grzegorz Krysiak, Rafał Niżnik, Tomasz Lenart, Artur Kościuk.

Bilety-cegiełki (cena: 10 złotych), uprawniające do wejścia na Sport Arenę są dostępne w sklepie ŁKS U2 Store. Będzie je też można kupić w kasach, w dniu imprezy.

Fot. ŁKS Łódź

Kto wie. Gdyby nie fatalnie wykonana „panenka” przy rzucie karnym, Fabian Piasecki, mógł zostać najlepszym piłkarzem ŁKS w rundzie jesiennej

Zdjęcia: Artur Kraszewski

W obu łódzkich futbolowych klubach sytuacja jest podobna. Są daleko w tabeli, a do najlepszych ich piłkarzy w rundzie jesiennej należeli… napastnicy.

W ŁKS na pewno na pierwszy plan wybijał się pomocnik Jasper Loffesend, czego dowodem jego pięć asyst i trzy gole. Nie mam jednak wątpliwości, że obok niego do czołowych postaci zespołu należał 30-letni napastnik Fabian Piasecki. Prawdą jest, że Piasecki (siedem goli) strzelił dziesięć mniej bramek od najlepszego snajpera jesieni – Angela Rodado, ale to nie mniej ważny piłkarz drużyny, jak Hiszpan w krakowskiej Wiśle.

Piasecki to nie tylko gracz czyhający na dogodne sytuacje bramkowe w polu karnym. On szuka gry, szuka współpracy, chce nie tylko być egzekutorem, ale także kreatorem. Jasne działo się to głównie na początku jesiennych zmagań i na ich końcu, ale to w tej chwili bez wątpienia gracz,na którym ŁKS może budować przyszłość i ciągle marzyć o miejscu w strefie barażowej.

Piasecki zawiódł tak naprawdę tylko raz w meczu z Polonią, gdy po niesamowitej pogoni ŁKS wyrównał na 2:2, a napastnik przestrzelił w samej końcówce rzut karny. Ta bramka mogła i powinna dać łodzianom zwycięstwo. Ta sytuacja podziałała niczym sportowa kara, skończyła się bramkową posuchą (od 23 sierpnia do 3 listopada), ale słabsze momenty w grze zdarzają się każdemu. Piasecki się odrodził, znów był jednym z liderów, szkoda że na koniec wyeliminowała go z gry kontuzja.

A po fatalnie wykonanej jedenastce mówił tak, cytowany przez sport.tvp.pl. – Biorę to na klatę. Decyzję o „panence” podjął jeszcze przed gwizdkiem i „to była dobra decyzja, tylko wykonanie było nie najlepsze”. Emocje – jak przyznał – dopadły go dopiero po końcowym gwizdku, a trener był zły, ale nie wylewał złości i publicznie nie miał do niego pretensji.

Książka jest thrillerem polityczno – szpiegowsko – kryminalnym, a i tak najważniejszy jest Spitsbergen

Kilkanaście lat temu Szczepan Twardoch napisał thriller polityczno – szpiegowsko -kryminalny. Gdy wyszło pierwsze wydanie nie czytałem, sięgnąłem teraz i warto było zagłębić się w lekturę, ale nie z powodów reklamowych na okładce.

Powiem wprost. Moim zdaniem Twardoch nie ma serca do sensacyjnej fabuły. Brakuje jej zagadki, tempa, zaskakującego rozwiązania. Jest ona tylko dodatkiem tłem do tego, co dla autora najważniejsze.

Twardoch chce jak najlepiej, najbardziej plastycznie, pokazać Spitsbergen, na dodatek jeszcze w czasach zimnej wojny. Ponieważ umie opowiadać, robi to wciągająco. Także dlatego, że wie o czym pisze. Największa wyspa Norwegii na Morzu Arktycznym przyciągała go wielokrotnie. Obszedł ją wzdłuż i wszerz. Dlaczego tam? Jak sam mówi: – Możliwość ucieczki w miejsce bez zasięgu, mogłaby być prawem człowieka.

I to jest największa wartość tej sensacyjnej powieści. Dla niej warto po nią sięgnąć. Tak jak koniecznie po najlepszy, moim zdaniem, utwór autora – Morfinę oraz po ostatnią powieść Null – rzecz o życiu na pierwszej linii ukraińskiego frontu. Jego książka, jak najbardziej zasłużenie, znalazła na drugim miejscu w literackim rankingu tygodnika „Der Spiegel”. Znalazła się też w gronie 10 tytułów, które redakcja magazynu Książki do Czytania” uznała za najważniejsze i najbardziej wartościowe w mijającym roku. Powieść ukazała się właśnie na Słowacji, a już wkrótce także w przekładach na język japoński, hiszpański, włoski, białoruski i ukraiński.

Szczepan Twardoch, Zimne wybrzeża, okładka Anna Pol, wydawnictwo Marginesy

Miał po przyjściu tzw. gwiazd grzać ławę. Tymczasem podczas ligowej jesieni stał się najskuteczniejszym i jednym z najlepszych piłkarzy Widzewa

Fot. Martyna Kowalska, widzew.com

To jest niezwykle pouczające doświadczenie. Do Widzewa przychodzili piłkarze za miliony. I co? Zawodzili na całej linii. Przyszedł gracz za darmo i jesienią nie miał sobie równych.

Zaskakujące, ale prawdziwe. W drużynie ekstraklasy dolnych stanów średnich najlepszym piłkarzem rundy jesiennej, obok Juljana Shehu, był… napastnik. Widzew w tym ekstraklasowym momencie zajmuje 13 miejsce, punkt nad strefą spadkową. Wygrał sześć spotkań, strzelił 26 bramek. Autorem dziewięciu był Sebastian Bergier. To obok byłego widzewiaka – Karola Czubaka, najlepszy polski snajper rozgrywek.

A miało być tak źle. Tzw. fachowcy wieszczyli, że po przyjściu gwiazd, Bergier głównie będzie grzał ławę i łapał ligowe ogony. Stało się inaczej, co dowodzi talentu, pracowitości i ambicji piłkarza. Okazało się, że znakomicie odnajduje się w zespole. Potrafi wracać po piłkę, skutecznie o nią walczyć i ją mądrze rozgrywać. Umie też współpracować z drugim napastnikiem na boisku. Dostrzegł jego dobrą postawę i pochwalił selekcjoner reprezentacji Polski – Jan Urban.

Wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują, że Bergier pobije rekord Artura Wichniarka z zeszłego wieku. Interia przypomina: ostatnim napastnikiem Widzewa, który zdobył w sezonie więcej niż 15 bramek był właśnie Artur Wichniarek. W sezonie 1998/99 strzelił 20 goli. Rok wcześniej Jacek Dembiński trafił 17 razy, a dwa lata wcześniej Marek Koniarek z 29 trafieniami został królem strzelców. W XXI wieku najwięcej bramek w ekstraklasie dla Widzewa strzelił Eduards Visnakovs. Było to jednak zaledwie 12 goli (2013/2014). Po powrocie do ekstraklasy Bartłomiej Pawłowski zdobył dziesięć bramek (2022/2023), Jordi Sanchez osiem (23/24), a Imad Rondić dziewięć (24/25).

KS Hokej Start Brzeziny staje do walki o halowe mistrzostwo Polski. Forma i możliwości drużyny są jedną wielką niewiadomą

Halowe wicemistrzynie Polski Fot. KS Hokej Start Brzeziny

Czas na hokejowy sezon halowy! Drużyna KS Hokej Start Brzeziny staje do walki o tytuł mistrzyń Polski. Podopieczne Małgorzaty Polewczak w poprzednich rozgrywkach wywalczyły srebrne medale. Jak będzie tym razem?

– Sama chciałbym wiedzieć – mówi Małgorzata Polewczak. – Forma i możliwości drużyny są jedną wielką niewiadomą. Sporo trenowałyśmy w naszej hali, ale nie rozegrałyśmy żadnego meczu sparingowego. Szkoda, że nie doszło do pojedynku z ukraińską drużyną z Sum. Cóż, jest jak jest i będę mądrzejsza po pierwszym turnieju.

Wszystkie dziewczyny, poza Moniką Chmiel, które walczyły na boisku w rundzie jesiennej, są gotowe do rywalizacji. Pracowały na treningach z pełnym zaangażowaniem. Nie mam zastrzeżeń. Oby ten zapał i chęci przełożyły się na halowe granie.

Trenerka Małgorzata Polewczak

W zmaganiach biorą udział cztery zespoły: KS Hokej Start Brzeziny, UkS SP5 Swarek Swarzędz i dwie ekipy AZS Politechniki Poznańskiej.

W pierwszym turnieju w Swarzędzu 14 grudnia KS Hokej Start zagra ze Swarkiem i drugim zespołem Politechniki. Drugi i trzeci turniej już w przyszłym roku. Organizatorem tego trzeciego będą Brzeziny! Turniej finałowy o medale 8 lutego 2026 roku w Swarzędzu.

Cykl otwartych treningów pod hasłem „Rusz się z Jajem” przyciągnął chętnych do poznania dyscypliny, trenowania i grania w drużynie Sroki Łódź

Fot. Sroki Łódź

Cieszą mnie kolejne kroki do przodu rugbowej drużyny Sroki Łódź. To już nie tylko samo gramie, dodajmy z wielkimi sukcesami, ale szereg działań, na które trzeba patrzeć z szacunkiem.

Przemysław Kwiecień  – członek zarządu KS Sroki Łódź: -Dobiegł końca cykl otwartych treningów rugby touch pod hasłem „Rusz się z Jajem” w Łodzi, zorganizowany przez Łódzkie Sroki. Na zajęciach pojawiło się aż 26 różnych osób, co pokazuje, że łodzianie naprawdę łapią bakcyla rugby. To nie tylko liczby, ale sygnał, że w mieście rośnie zainteresowanie sportem, który łączy zabawę z solidnym wysiłkiem.

Kilku uczestników zdecydowało się dołączyć do drużyny Srok na stałe, chcąc zostać przy rugby na dłużej.

-To super, bo widzimy, że takie inicjatywy działają – ludzie przychodzą, próbują i zostają. Pomagają budować naszą społeczność rugby. Dziękujemy OPUS za wsparcie i możliwość organizacji tych treningów. Liczymy na dalszą współpracę przy kolejnych mikrograntach – mówi Mateusz Kowalewski, wiceprezes Srok Łódź.

Udało się dotrzeć do zupełnie nowych osób, które wcześniej nie miały styczności z rugby league czy touch rugby. Promocja zrobiła robotę – posty o akcji na Facebooku, Instagramie i TikToku zobaczyło ponad 11 tysięcy odbiorców. Do tego strona internetowa, plakaty w mieście i wzmianki w mediach – zasięg wyszedł naprawdę solidny, co przyciągnęło świeżą krew.

Projekt został sfinansowany ze środków Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach rządowego programu Funduszu Inicjatyw Obywatelskich NOWEFIO na lata 2021–2030.

Łodzianin – Jan Kałusowski zdobył medal pływackich mistrzostw Europy. Trzeba go cenić i docenić!

Fot. Marek Młynarczyk, autor bloga www.obiektywnasport.pl

Łódź nie puchnie od nadmiaru sportowych sukcesów. Przeciwnie, jest ich tyle, co kot napłakał. Dlatego każdy sukces wart jest uwagi, nagłośnienia i docenienia!

Podczas mistrzostw Europy na krótkim basenie rozgrywanych w Lublinie nasza sztafeta w składzie Kornelia Fiedkiewicz, Katarzyna Wasick, Aleksander Styś, Jan Kałusowski zajęła trzecie miejsce w rywalizacji 4×50 metrów stylem zmiennym, pobijając rekord Polski z czasem 1:36,98.

25-letni Janek Kałusowski jest znakomitym łódzkim zawodnikiem, reprezentującym barwy legendarnego klubu – MKS Trójka. Wielokrotny mistrz i rekordzista kraju w stylu klasycznym.

Jego motto życiowe i sportowe brzmi: – Brak planu to planowanie porażki. A po lubelskim sukcesie powiedział: – To jedna z najprzyjemniejszych chwil w mojej karierze.

Warto też przypomnieć, co łodzianin zrobił podczas prestiżowego Memoriału Marka Petrusewicza. Powtórzył swój sukces sprzed roku i wygrał memoriałowy wyścig na 100 m „żabką”. W finale przepłynął cztery długości basenu w 57.37, wyprzedzając aktualnego mistrza olimpijskiegona 100 m stylem klasycznym -Włoch Nicolo Martinenghiego.

– Wyścigi z mistrzem olimpijskim to coś niesamowitego. Już nie pierwszy raz stajemy obok siebie na słupkach. Mieliśmy okazję się ścigać przy okazji innych imprez międzynarodowych, ale niewątpliwie zrobić to na polskiej ziemi, to było coś niesamowitego – powiedział Kałusowski.

Jakby tego było mało, czasem 26.10 Janek pobił rekord Polski na 50 m stylem klasycznym., o 0.09 sekundy poprawił osiągnięcie Adama Pluteckiego sprzed 16 lat.

Czy spełni się marzenie Widzewa o wielkiej piłce? Nadzieja, która została, to Puchar Polski!

Fot. Martyna Kowalska, widzew.com

W środę ostatni, tegoroczny dzień wielkich, futbolowych emocji dla Widzewa. O godz. 12 w TVP Sport losowanie par 1/4 finału STS Puchar Polski. Na kogo mogą trafić łodzianie? Oby nie był to żaden z klubów ekstraklasy!

Z drugiej strony ligowa wiosna w łódzkim wykonaniu ma być sportowym resetem. Nie może być tak, że jest w składzie tylko jeden jedyny piłkarz, który na pewno jesienią nie zawiódł czyli Sebastian Bergier. Pozostali albo notowali wpadki, albo razili przeciętnością albo po prostu zawiedli. Widzew ma być zdecydowanie lepszą drużyną (z sześcioma nowymi piłkarzami?!), która nie przestraszy się nikogo i będzie zdobywać punkty, także w końcówkach spotkań. Pożyjemy, zobaczymy.

Ligę trzeba dograć tak, żeby z niej nie spaść, a w Pucharze Polski powalczyć o najwyższy cel. Zdobycie pucharu to byłby znakomity symbol narodzin zespołu nawiązującego twórczo do teamu legendarnego Widzewa!

Skład pucharowych ćwierćfinalistów:

PKO BP Ekstraklasa (5): GKS Katowice, Górnik Zabrze, Lech Poznań, Raków Częstochowa, Widzew Łódź, Betclic 2 Liga (1): Chojniczanka Chojnice
Betclic 3 Liga (2): Avia Świdnik, Zawisza Bydgoszcz.

Oto jakie pieniądze były i są do zarobienia w pucharowej batalii: triumfator 5 mln zł, finalista 1 mln zł, półfinaliści 380 tys. zł, ćwierćfinaliści 190 tys. zł, przegrani w 1/8 finału 90 tys. zł, przegrani w 1/16 finału 45 tys. zł, przegrani w I rundzie 15 tys. zł.

Bez satysfakcji. Obce boiska – ligowa zmora ŁKS – sprawiły, że łodzianie są w dolnych rejonach ligowych stanów średnich

Fot. Artur Kraszewski

Piłka nożna może być prostą, a zarazem skuteczną grą. Bez jakiś specjalnych zawiłości taktycznych. Pokazał to ŁKS w spotkaniu z liderem. Po szybkiej, składnej akcji łodzianie objęli prowadzenie w meczu z Wisłą.

Co działo się potem? Ełkaesiacy bronili wysoko własnego przedpola. Wolno i bez pomysłu grający rywale nie mieli szans na składną akcję i bramkową okazję. Gdyby ŁKS wykorzystał kontrę na 2:0, byłby o krok od wygrania.

Niestety, tego nie zrobił. I został ukarany. Gdy cofnął się bardzo głęboko na własne przedpole stracił gola. Szkoda. Pozostał niedosyt, jak po całych jesiennych zmaganiach.

Łodzianie budowali skład na czołówkę rozgrywek, a skończyli w dolnych rejonach stanów średnich z dorobkiem 26 punktów (przy 43 punktach lidera – Wisły!). Wygrali 7 spotkań, zremisowali 5 i przegrali 7, w tym aż 6 na wyjeździe. I to obce boiska okazały się ligową zmorą ŁKS. Co by było, gdyby spisywali się tam lepiej? Pewnie mieliby miejsce w ligowej czołówce.

Po kiego diabła trener Widzewa Igor Jovicević namieszał w końcówce składem, jak w kotle czarownic i doprowadził do klęski

Fot. widzew.com

Ja po prostu nie rozumiem piłkarskich trenerów. Cały tydzień robią analizy taktyczne swoich piłkarzy i przeciwników. Wydaje mi się, że mają za sobą nieprzespane noce po takim natłoku informacji do przetworzenia, a potem w praniu, w trakcie meczu popełniają błędy na poziomie futbolowego żłobka.

Komputery, bajery wszystkiego na szczęście nie załatwią. Dobry szkoleniowiec musi się wykazać meczowym wyczuciem. Inaczej przegrywa wszystko z kretesem w wydawałoby się wygranym pojedynku. Tak niestety stało się w Lubinie z trenerem Widzewa – Igorem Joviceviciem.

Widzew miał inicjatywę, czuwał nad przebiegiem meczu z Zagłębiem, prowadził 1:0. Kapitan drużyny Bartłomiej Pawłowski kontrolował czujnie, żeby wszystko przebiegało w miarą sprawnie i bez większych wpadek i nagle między 75, a 81 minutą szkoleniowiec dokonał pięciu zmian. Po co i dlaczego to zrobił? Tylko on to wie.

Ostatni mecz roku. Nic nas nie goni, nic nie zmusza do myślenia, co będzie w spotkaniu za trzy dni. Chłopaki trzymają się dzielnie, po co zaburzać ducha gry, strukturę zespołu, dokonywać zmian (bo taka utarła się świecka boiskowa tradycja?!). Na dodatek zdejmować z boiska kapitana, który miał to pod kontrolą. Zaburzyć wszystko, co funkcjonowało, i w efekcie doprowadzić do do boiskowej klęski.

Ja wiem, że jest presja, każdy chce gra, pokazać, że zasługuje na zarabianie większych pieniędzy i to dużo większych, niż średnia krajowa. Grzanie ławy wywołuje tylko stresy, frustracje i psuje atmosferę w szatni, a ta jak wiadomo jest najważniejsza. Ale czy trener, trzymający się tych realiów, wystawi do składu na przykład… mnie, bo robię miny i fumy, że mnie w nim nie ma!?

Ponawiam pytanie z połowy sezonu. Czy naprawdę nie ma w polskiej piłce polskich trenerów, którzy umieją czytać grę, wyciągać z niej korzystne dla drużyny wnioski i potrafią poprowadzić ją do przynajmniej ligowych zwycięstw?!

« Older posts

© 2025 Ryżową Szczotką

Theme by Anders NorenUp ↑