Ryżową Szczotką

Rezerwowy Pafka

Page 2 of 185

ŁKS pokazał, że potrafi odwracać losy meczu na swoją korzyść. Trzy zdobyte punkty dają nadzieję na lepszą przyszłość

To znak firmowy wiosennego ŁKS – musi być źle, żeby na koniec było dobrze. Łodzianie przegrywali, ale potrafili odwrócić losy meczu. Odnieśli dziewiąte zwycięstwo, czwarte na obcym boisku i nadal nie przestają… marzyć.

Zaszły zmiany w najbardziej wrażliwej formacji czyli w defensywie. W wyjściowym składzie miejsce Kupczaka zajął debiutant Pingot, a Fałowskiego – Rudol (został kapitanem). Kontuzjowanego Głowackiego zastąpił w składzie Norlin.

I co? Pierwsza groźna akcja gospodarzy przyniosła im gola. Centra Szeligi trafiła na głowę niepilnowanego w polu bramkowym Puerto, który nie mógł zrobić nic innego, jak zdobyć bramkę. Inna sprawa, że pozostaje bez odpowiedzi pytanie, dlaczego Bobek nie interweniował, tylko został na linii bramkowej? Wszystko to stało się nomen omen w 13 minucie.

ŁKS próbował odrobić straty. Po znakomitym prostopadłym podaniu Rudola, w polu karnym został sfaulowany Norlin przez byłego ełkaesiaka – Szeligę i sędzia Wajda podyktował jedenastkę. Po analizie VAR musiał ją odwołać, bo zanim doszło do przewinienia, pomocnik łodzian zagrał piłkę ręką. Jak arbitrzy potrafili to jednoznacznie rozstrzygnąć, sam chciałbym wiedzieć. W każdym razie ełkaesiacy nie mogli uwierzyć, że podjęto taką decyzję. Protestował trener Szoka i ujrzał żółtą kartkę.

Na początku drugiej połowy gości przed utratą bramki znakomitą interwencją ratował Bobek. W odpowiedzi pięknym prostopadłym podaniem popisał się Toma, a Loffelsend w sytuacji sam na sam znakomitą podcinką nad bramkarzem doprowadził do wyrównania. A potem po rzucie rożnym i inteligentnej główce Norlina, piłkę głową posłał do bramki Craciun. Ofensywna, odważna gra łodzianom przyniosła rezultaty, choć w końcówce trzeba było inteligentnie bronić korzystnego wyniku. Udało się, są trzy, cenne punkty.

28 lutego o godz. 19.30 ŁKS podejmie Miedź Legnica.

Stal Mielec – ŁKS 1:2 (1:0)

1:0 – Puerto (13, głową), 1:1 – Loffelsend (51), 1:2 – Craciun (62, głową)

ŁKS: Bobek – Rudol, Craciun, Pingot, Loffelsend(74, Krykun), Wysokiński, Terlecki, Hinokio(86, Lewandowski), Norlin, Toma(74, Ernst), Piasecki(67, Arasa)

Największa polska wygrana zimowych igrzysk olimpijskich, o której mówił cały świat, to… pluszowa poduszka w kształcie pieroga

Było i szybko minęło. Chyba trzeba znaleźć lepsze zimowe terminy dla zimowych igrzysk olimpijskich, bo rozkręcająca się po zimowej przerwie europejska, ligowa piłka nożna zepchnęła je w cień.

Z naszego, polskiego punktu widzenia kompromitacji i wielkiej medalowej posuchy nie było, w czym największa zasługa najbardziej krytykowanych w trakcie sezonu skoczków. To przez moment był najbardziej zdołowany sport w Polsce. I co? Nagle odrodził się,niczym Feniks z popiołów i znów jest na topie. Widać, jak na dłoni, że to skoczkowie najlepiej utrafili z formą na najważniejszą zimową imprezę czterolecia.

Oczywiście bez polskich aferek by się nie obyło. Prezes PKOl mylił nazwisko swojej największej gwiazdy, skoczka Kacpra Tomasiaka. Saneczkarki, które zajęły niespodziewanie wysoką lokatę, narzekały na muzealnysprzęt. Jak zwykle niewinni czarodziejeczylizwiązkowi działacze po raz kolejny dowiedli wszem i wobec, że związki sportowe potrafią być kulą u nogipolskiego sportu. Ciekawe jest teraz, jak nasi medaliści poradzą sobie z nagrodami wypłacanymi w…kryptowalutach.

A kto był największym polskim wygranym olimpijskich zmagań? Co zrobiło największą furorę? Pluszowa poduszka w kształcie pieroga. Zabrana spontanicznie przez polską łyżwiarkę podbiła serca kibiców i rozsławiła Polskę.

wirtualnemedia.pl: Zdjęcie maskotki publikuje kanadyjska stacja telewizyjna CBC. Dodaje krótki opis: „Pluszowy pieróg”. Fotografia szybko staje się viralem.

Polscy łyżwiarze figurowi zdobywają 10. miejsce w konkursie drużynowym. Pozują do zdjęć z poduszką w ręku. I to znów „Pieroguszka” kradnie show. „Wyślijcie do USA!” – woła raper Snoop Dogg na Instagramie. A Jak to się przełożyło na sprzedaż poduszek z katowickiej manufaktury? – Sprzedaliśmy cały zapas – oznajmia Przemysław Sołtysik, prezes Spółdzielni Socjalnej Honolulu, która wyprodukowała maskotkę.

Aneta Książek z Polskiej Agencji Turystycznej: – Cieszę się, że „Pieroguszka” stała się tak rozpoznawalnym, ciepłym symbolem Polski podczas zimowych igrzysk. To świetny przykład tego, jak kultura może być mostem: z jednej strony mówimy o pierogach, czyli jednej z najbardziej znanych potraw polskiej kuchni, która budzi skojarzenia z domem, gościnnością i tradycją. Z drugiej strony ten sukces ma bardzo ważny wymiar społeczny, bo maskotka powstaje ręcznie w Katowicach w warsztatach prowadzonych przez Spółdzielnię Socjalną Honolulu, która zatrudnia osoby z niepełnosprawnościami i wspiera ich reintegrację zawodową oraz społeczną.

Historia spotkania piłkarskich gigantów: Kazimierza Górskiego z Ernestem Wilimowskim. Ten poniedziałkowy spektakl Teatru Telewizji zapowiada się wręcz sensacyjnie!

Lubię oglądać Teatr Telewizji, ale przyznaję, że na ten spektakl czekam z wyjątkową niecierpliwością… W poniedziałek, 23 lutego o godz. 20.30Teatr Telewizji pokaże spektakl Ezi, autorstwa Roberta Talarczyka. To opowieść o spotkaniu dwóch piłkarskich gigantów: Ernesta Wilimowskiego i Kazimierza Górskiego podczas mistrzostw świata w piłce nożnej w 1974 roku w Monachium.

Ezi zamienia wtedy kilka kurtuazyjnych zdań z Kazimierzem Górskim i znika, zostawiając Górskiemu napisaną po niemiecku kartkę: Chciałem Pana poznać, o panu teraz głośno, niech się powiedzie polskiej drużynie, proszę mnie źle nie wspominać. Zdarzenie to stanowi kanwę scenariusza spektaklu.

W postacie głównych bohaterów wcielają się Andrzeja Chyra (Wilimowski)i Zbigniew Zamachowski (Górski). Widowisko wyreżyserował Janusz Zaorski, dla mnie autor jednego z najlepszych i najprawdziwszych filmów o PRL czyli Piłkarskiego pokera. Obrazu pełnego wyjątkowych historii o ówczesnym życiu, sporcie i pełnym szwindli futbolu.

Czytam w zapowiedziach spektaklu: Górski – już za życia stał legendą polskiej piłki nożnej, Wilimowski – za występy w reprezentacji III Rzeszy został po wojnie wykreślony z piłkarskich annałów i dopiero zaczyna istnieć w powszechnej świadomości kibiców. Rozmowa obu bohaterów stała się pretekstem do rozliczenia z historią XX wieku

– To znakomity temat na film – stwierdził po prezentacji spektaklu Wojciech Smarzowski, reżyser m.in. Drogówki oraz Domu złego i Domu dobrego. – Fantastyczna historia, warta opowiedzenia.

O Kazimierzu Górskim, to co najważniejsze, wie każde interesujące się piłką polskie dziecko. A Ernest Wilimowski? Do dziś pozostaje rekordzistą w liczbie strzelonych bramek w jednym spotkaniu na najwyższym poziomie rozgrywkowym w polskiej piłce. 21 maja 1939 roku w Chorzowie, podczas meczu ligowego z Union-Touring Łódź (12:1) Wilimowski dziesięć razy trafił do łódzkiej bramki! Z Ruchem Wielkie Hajduki, czyli dzisiejszym Ruchem Chorzów, czterokrotnie zdobył trofeum mistrza Polski (1934, 1935, 1936, 1938). Tyle samo razy sięgał po koronę króla strzelców.

Piłkarz brylował także w reprezentacji Polski. Przez 56 lat był rekordzistą pod względem liczby zdobytych goli w jednym meczu na mistrzostwach świata. Choć biało-czerwoni przegrali wtedy po pasjonującym pojedynku 5:6 z Brazylią, Ezi aż cztery razy wpisał się na listę strzelców.

Mam do postaci Ernesta Wilimowskiego osobisty stosunek. Wiele, wiele lat temu na seminarium magisterskim na polonistyce UŁ mojemu promotorowi profesorowi Zdzisławowi Skwarczyńskiemu wspomniałem, że interesuję się postacią Eziego, wtedy wyklętą, zakazaną, zapomnianą. I się zaczęło… Co tydzień na seminarium opowieściom o Wilimowskim nie było końca.

Okazało się, że pan profesor przed wojną grał przeciwko śląskiemu piłkarzowi i nie krył zachwytów nad umiejętnościami Eziego. Dla niego Wilimowski był polskim piłkarzem wszech czasów, choć widział w akcji Gerarda Cieślika, Ernesta Pohla, Włodzimierza Lubańskiego, Kazimierza Deynę czy zaczynającego wtedy zdobywać piłkarskie szczyty – Zbigniewa Bońka…

Widzew. Zdobyty punkt, po bezbramkowym remisie, jest cenny, choć wielkiej satysfakcji z gry drużyny nie było

W sytuacji, gdy walczy się w dolnych rejonach tabeli, każdy zdobyty punkt jest na wagę złota, choć sposób jego wywalczenia wielkiej sportowej satysfakcji nie przynosi. Widzew zremisował dopiero trzeci mecz w rozgrywkach. Krakowianie zrobili to po raz dziewiąty. Nie przegrali meczu od siedmiu ligowych starć. W czterech wiosennych pojedynkach stracili tylko jedną bramkę…

Wróćmy do Widzewa. Zwycięskiego składu się nie zmienia i tak postąpił trener Jovicević poza jednym wyjątkiem. Korektę wymusiła czwarta żółta kartka. Bergiera w ataku zastąpił Zeqiri. Mecz się opóźnił o cztery minuty, bo było problemy z łącznością sędziego z VAR. A każda upływająca minuta była cenna, bo pojedynek rozpoczął się przy temperaturze -5 C.

Napędzeni ostatnim sukcesem gospodarze rozpoczęli odważnie, ofensywnie. Ich akcje kończyły się jednak niecelnymi, bądź zablokowanymi strzałami. Ostrożna Cracovia po ponad kwadransie zdecydowała się na atak. Końcami palców wybił piłkę nad poprzeczkę Drągowski po strzale Klicha.

Bezsensowne zachowanie Fornalczyka, który klepnął rywala w klatkę piersiową, a ten oczywiście padł na murawę, niczym rażony piorunem. Efekt? Widzewiak ujrzał żółtą kartkę, już ósmą w sezonie i w następny meczu nie zagra. Trzeba było sporo uwagi poświęcić tej sytuacji, bo na boisku królowały tylko chaos i przypadek.

Pomocnik starał się rehabilitować. Był aktywny, ale gdy już decydował się na ładny techniczny strzał z dystansu (spadający liść), to piłka leciała minimalnie obok słupka. Podobnie, jak po uderzeniu Zeqiriego. Goście byli konkretniejsi. Trafili do bramki po kontrze, ale na szczęście dla łodzian sędzia, po analizie VAR, odgwizdał spalonego. Odetchnął Drągowski, który piłkę do obrony przepuścił między nogami. W sumie futbolu godnego uwagi nie było za wiele w ciągu pierwszych 45 minut.

Odważniej drugą połowę zaczęli goście, ale to składną, groźną akcję przeprowadził Widzew. Po faulu na Fornalczyku łodzianie mieli rzut wolny. Strzał Shehu nie był jednak tak trudny, żeby bramkarz Madejski sobie z nim nie poradził. Popisy pirotechniczne kibiców zadymiły boisko. Sędzia przerwał grę.

Po jej wznowieniu energiczniej atakowali gospodarze, ale niewiele z tego wynikało. Miał szansę pokazania się w dobrej sytuacji rezerwowy Alvarez, ale źle przyjął piłkę i wyszła futbolowa kicha. W odpowiedzi w doliczonym czasie Andreou sfaulował Bogacza. Było to tak ostre wejście, że Krakowian opuścił plac gry. A potem po ogromnym zamieszaniu w polu karnym Widzew miał szczęście, że nie stracił bramki. Poczynaniami obu drużyn rządził kompletny chaos, z którego nic sensownego nie wyniknęło. I to by było na tyle…

Mecz obejrzało 17384 kibiców. Zimno im niestraszne. 28 lutego o godz. 14.45 Widzew zagra z Pogonią w Szczecinie.

Widzew – Cracovia 0:0

Widzew: Drągowski – Krajewski (90+2, Isaac), Andreou, Wiśniewski, Cheng – Bukari, Shehu, Lerager, Fornalczyk (90+2 Pawłowski)- Kornvig, Zeqiri (85, Alvarez)

Ekstremalne wyzwanie. Zimno nie musi być straszne czyli zimowa noc spędzona przez sześcioro śmiałków w Spalskim Lesie

Fot. UMWŁ

Zimowy sport ekstremalny? Morsowanie. Tak mogłoby się wydawać, bo survival, który zaliczyła w spalskim lesie grupa sześcioro śmiałków w naszym regionie przebija zimowe kąpiele.

Agnieszka Lubiatowska z UMWŁ: Sześcioro śmiałków plus pies zdecydowało się na nietypowy eksperyment,  spanie w zimowej scenerii, Byli przygotowani na wszelkie niedogodności. Główną organizatorką wyprawy była Luiza, ratownik medyczny, która dba nie tylko o logistykę, ale też bezpieczeństwo całej grupy. Wśród uczestników byli także przedsiębiorca i menadżer. Grupa zadbała o wszystko: mają namioty, śpiwory, kociołki i butle z gazem. Gorąca woda wrzucona do śpiwora, ciepła herbata rano i wieczorem oraz ognisko – to ich podstawowe triki na przetrwanie w niskich temperaturach.

W Lesie Spalskim grupa nocowała w hamakach podwieszonych na drzewach, a nie tylko klasycznie w namiotach. Każdy hamak przykrycie, które chroni przed wiatrem i opadami, a jednocześnie dawał poczucie komfortu i przestrzeni.

A teraz garść wrażeń: – Najbardziej pomaga dobre towarzystwo i świadomość, że możemy na siebie liczyć – podkreślali uczestnicy. Biwakowanie solo byłoby zdecydowanie trudniejsze. To integrowało: wspólne budowanie paleniska, dbanie o ciepło i wzajemnie się pilnują, by każdy był bezpieczny.

Mary mówi, że zawsze bierze ze sobą więcej rzeczy, takich jak wełniany koc, ciepłe skarpety, a jeśli nocuje w hamaku – także specjalną podpinkę. W razie nagłego zimna przydają się również grzałki chemiczne. – Najważniejsze- to dobry materac i izolacja od gruntu lub podpinka w hamaku.

Czarek zwraca uwagę, że sprzęt musi być dobrze dobrany do warunków, a przed snem warto zjeść coś tłustego i ciepłego. – Puchowy śpiwór najlepiej rozłożyć w ostatniej chwili, żeby nie nasiąknął wilgocią – stwierdza.

Nie zawsze jest lekko. Luiza wspomina, że kiedyś w nocy napadało 30 cm śniegu i trudno było wrócić do obozu. Bartek dodaje, że najtrudniejsze jest wejście do hamaka z dwoma śpiworami i ułożenie się w „kokonie”, a także rozstawienie namiotu czy hamaka, gdy ręce stają się zdradliwie zimne.

Wszelkie przeszkody okazały się niestraszne, Grupa śmiałków spędziła zimową noc w lesie w dobrej kondycji i znakomitych humorach. Wszyscy zgodnie przyznali, że noc była zdecydowanie za krótka, bo ta spędzona w lesie daje coś wyjątkowego, pozwala złapać oddech, poczuć inne powietrze i buduje prawdziwą wspólnotę.

ŁKS. Obym się mylił, ale…Wygląda na to, że latem wszystko trzeba będzie znów zaczynać od nowa!

Kacper Terlecki strzelił pierwszą ligową bramkę dla ŁKS Fot. Artur Kraszewski

Tym razem działacze zrobili dużo, żeby się udało. Zachęcali kibiców do przyjścia na stadion, a ci… mogli skorzystać z oferty cateringowej, w
której znalazły się nowości, tak zresztą jak w oficjalnym sklepie U2 ŁKS Store, gdzie na kibiców czekał m.in. pakiet „Nowy ełkaesiak”. Klub
aktywował akcje „Łatwy start” (wstęp za 1 zł dla nowych kibiców) i „ŁKSRazem” (host, który ma pomóc odnaleźć się na stadionie Króla tym, którzy np. pojawili się po raz pierwszy). Specjalnie dla najmłodszych w sektorze rodzinnym pojawił się piłkarz ŁKS Antoni Młynarczyk, zadebiutował też projekt „Młoda Galera”, czyli specjalna strefa animacji, w której dzieci dopingowały ŁKS.

I co? Cała para poszła w gwizdek. Tylko 4363 fanów, którzy zjawili się na stadionie im. Władysława Króla, opuszczało go zawiedzionych, rozczarowanych, wnerwionych do granic, tym co niestety pokazali piłkarze. A ci, miast iść po kolejne zwycięstwo, które przybliżyłoby ich do czołówki, dali ciała, pokazali 90 minut niemocy i przegrali z Chrobrym 1:3.

Pozostaje kadrową zagadką dlaczego trener Grzegorz Szoka, zamiast iść za ciosem, zaryzykować i dać szansę od pierwszej minuty tym, którzy uratowali mu i sobie skórę w Bytomiu, prowadząc ŁKS do zwycięstwa, zachował się… zachowawczo. Posłał w bój tę samą jedenastkę i ta szybko odwdzięczyła mu się prawdziwym futbolowym klopsem, dając sobie zbyt łatwo strzelić gola jednego, a potem drugiego.

Trudno to wszystko zrozumieć. Było jasne i oczywiste, jak będzie grał Chrobry. Na kim będzie budował swój szybki kontratak. A jednak okazało się, że to za wysokie progi na łódzkie nogi i… głowę. Psychiczna aberracja, brak umiejętności, taktyczny chaos lub zapatrzenie się na piłkarskich przedszkolaków – niech każdy wybiera sobie co chce, żeby wytłumaczyć tę boiskową zapaść.

Znów największy, jesienny mankament drużyny okazał się jej największą wiosenną słabością. Co? Kompletny brak radzenia sobie z szybkim kontratakiem rywali. Wydawało mi się po pierwszym meczu, że brak Michała Mokrzyckiego, stabilizującego grę i umiejącego ją poukładać, nie będzie widoczny. A jest! Inna sprawa, że dużo trudniej się gra, gdy najlepszy piłkarz jesieni – Jasper Loffelsend, prezentuje mizerniutką formę.

W każdym razie w przegranym meczu w Łodzi w całej jaskrawości wyszedł brak w drugiej linii gracza, który zapanowałby nad boiskowym chaosem. Efekt? Widoczny, jak na dłoni: dotkliwa porażka! Znów spychająca ŁKS w dolne granice ligowych stanów średnich, gdzie nie gra się o nic i gdzie znów za karę trzeba tę ligę odbębnić, tak żeby nie spaść i o niej całkowicie zapomnieć na czas letniej przerwy.

Taka sytuacja nie rozwinie drużyny, nie doda jej wartości, nie uczyni lepszą. Największe nawet starania sztabu szkoleniowego nic nie dadzą. Tylko gra o coś czyli mówiąc wprost: o awans!, może podnieść jakość zespołu, pozwolić wejść mu na wyższy poziom. Inaczej latem trzeba będzie wszystko zaczynać od nowa. Na innych, dużo gorszych finansowych zasadach, bo sfrustrowanemu Dariuszowi Melonowi coraz trudniej zrozumieć dlaczego ma dopłacać wielką forsę do bylejakości…

Na dodatek spora grupa piłkarzy jest na liście transferowej: Piotr Głowacki, Łukasz Wiech, Andreus Arasa, Bastien Toma, Koki Hinokio, Mateusz Wysokiński, Mateusz Wzięch, Gustaf Norlin czy Aleksander Bobek. Zmiany latem mogą być fundamentalne!

23 lutego o godz. 18. Wtedy ŁKS zagra w Mielcu ze Stalą, która zremisowała w Łęcznej z Górnikiem 1:1 i nadal jest w strefie spadkowej. Wierzę, że w drużynie ŁKS widzą to, że od strefy barażowej dzieli zespół tylko 5 punktów i seria dwóch, trzech zwycięstw pod rząd… Ech, pomarzyć dobra rzecz, wszak nadzieja umiera ostatnia.

Widzew kontra Cracovia. Trzeba w składzie łodzian utrwalać to, co dobre. Ale jedna zmiana zajdzie na pewno – z konieczności. Ja zrobiłbym jeszcze jedną

Fot. Martyna Kowalska

20 lutego o godz. 20.30 czeka Widzew u siebie zagra mecz z Cracovią, która bezbramkowo zremisowała z Jagiellonią.Trzeba zauważyć, że cztery z ośmiu ligowych zwycięstw drużyna z Krakowa odniosła na wyjeździe i ma ambicje walczyć o wysokie miejsce w ekstraklasie, pozwalające grać w europejskich pucharach.

Co w Widzewie? Zwycięskiego składu się nie zmienia? No, niestety coś trzeba będzie zmienić, przynajmniej z… konieczności. Z kartkowych powodów Widzew będzie musiał sobie radzić bez Sebastiana Bergiera – swojego najlepszego snajpera (11 zdobytych goli). Czy w buty Bergiera będzie potrafił wejść asystent przy drugiej bramce w Płocku – Andi Zeqiri, czas pokaże.

Ja mam jeszcze jedną sporą kadrową wątpliwość. Czy od pierwszej minuty powinien wystąpić najdroższy piłkarz ekstraklasy – Osman Bukari, który w meczu z Wisłą (2:0) zagrał, no mówiąc łagodnie, słabo? Momentami przypominał mi swoją postawą występy najgorszego transferowego widzewskiego niewypału ostatnich lat – Hilarego Gonga. Oby tylko nie poszedł w jego ślady.

Ja, gdybym decydował o wyjściowej jedenastce, jeszcze raz dałbym szansę kapitanowi – Bartłomiejowi Pawłowskiemu. Jasne pojedynek z Jagą mu nie wyszedł, ale nie raz i nie dwa pokazał, że ma spore umiejętności, ciągle warte wykorzystania, większego niż… grzanie ławy lub granie ligowych ogonów.

Moja jedenasta Widzewa na mecz z Cracovią: Drągowski – Krajewski, Andreou, Wiśniewski, Cheng – Pawłowski, Shehu, Lerager, Fornalczyk – Kornvig, Zeqiri. Z drugiej strony – nieważne, kto zacznie spotkanie, ważne żeby skończyło się one drugą z rzędu wygraną łodzian!

40 lat temu Biała Strzała z Polski zanotowała piłkarskie wejście smoka. Dwie bramki napastnika ŁKS – Krzysztofa Barana w meczu z Urugwajem!

Zdjęcia: archiwum Jacka Bogusiaka

Są zapisane w historii polskiego futbolu piękne, łódzkie wydarzenia. O jednym z nich przypomina kustosz pamięci ŁKS – Jacek Bogusiak.

W nocy z 16 na 17 lutego 1986 roku, a więc 40 lat temu, na legendarnym stadionie Centenario w Montevideo polska reprezentacja pokazała moc, remisując z Urugwajem 2:2. Dwie bramki strzelił napastnik ŁKS – Krzysztof Baran. Piłkarz najpierw wykorzystał podanie Włodzimierza Smolarka na 1:0, a potem na 2:1 podanie Dariusza Dziekanowskiego. Błyskawicznie zyskał uznanie.

Boiskowa walka toczyła się w tropikalnych warunkach, przy temperaturze grubo powyżej 30 stopni Celsjusza. To było także wielkie fizyczne wyzwanie. Walczący za dwóch i zarazem piekielnie skuteczny Krzysztof Baran schudł podczas spotkania sześć kilogramów! A co tam, opłaciło się. Po pojedynku okrzyknięto go Białą Strzałą z Polski!

Krzysztof Baran i Jacek Bogusiak

Baran był bliski grania w mundialu Meksyk 1986. Mimo braku powołania do reprezentacji Polski, pojechał na mistrzostwa świata, ale tylko trenował z wybrańcami Antoniego Piechniczka, podobnie jak Waldemar Prusik.W sumie zagrał 10 razy w koszulce z Białym Orłem na piersi, strzelił trzy gole. W ŁKS w latach 1983-87 rozegrał 105 meczów, strzelił 26 goli. Uzyskał pamiętną bramką numer 1500 dla klubu z al. Unii.

Jednym z najważniejszych goli był ten strzelony 6 września 1986 roku. Wtedy ta bramka przesądziła o sukcesie ŁKS w derbowym starciu z Widzewem (1:0).

Prezes sąsiada zza miedzy – Ludwik Sobolewski – bardzo zabiegał o to, żeby Baran został piłkarzem Widzewa. Nic z tego nie wyszło, Krzysiek pozostał wierny ełkaesiackim barwom.

Gdy potem grał w Górniku Zabrze w meczu Pucharu Mistrzów, wpisał się na listą strzelców w starciu z Realem Madryt! No, po prostu napastnik, co się zowie. O takiego zabiega dziś każdy liczący się klub w Europie.

Grupa Ełkaesiak cały czas pamięta o mieszkającym w Łodzi Krzysztofie Baranie. Z okazji kolejnych jubileuszy nie zabrakło symbolicznych prezentów, w tym okolicznościowej koszulki, którą otrzymał podczas jesiennej wizyty na stadionie im. Władysława Króla.

Jacek Bogusiak przypomniał też o innych ważnych ełkaesiackich wydarzeniach.

17 lutego 1957 roku urodził się pomocnik ŁKS – Arkadiusz Klimas. W łódzkich barwach zagrał 175 razy, zdobył 11 bramek. Kustosz pamięci ŁKS – Jacek Bogusiak wspomina: – W meczu w Sosnowcu we wrześniu 1980 roku ŁKS pokonał Zagłębie 1:0. Po pięknej akcji i wymianie piłek Sławomir Krawiec i Arkadiusz Klimas wypracowali gola. Obaj podbiegli do kibiców i rzucili swoje koszulki. Kibice walczyli o takie pamiątki. Piłkarze zaś stali się ich ulubieńcami. To wtedy była nowość, coś niespotykanego.

Nie tak dawno, 10 lutego (1957 r.) urodził się były napastnik ŁKS, pochodzący z Wrocławia, Witold Nowak. W łódzkich barwach w ekstraklasie rozegrał 116 spotkań, strzelił 26 goli. Pierwszy mecz – 7.03 1976 – Widzew – ŁKS. Pierwsza bramka – 19.09.1976 – Wisła – ŁKS 2:2. Ostatnia bramka – 18.10.1980 – ŁKS – Arka 1:1. Były piłkarz od lat mieszka w Niemczech. Na 60-lecie obu piłkarzy Grupa Ełkaesiak zorganizowała benefis. – Za rok będzie następny! – zapowiada Jacek Bogusiak.

Widzew. To nie był mecz założycielski tylko bardzo dobry krok we właściwą stronę. Czekamy na kolejne. MVP meczu w Płocku? Dla mnie Mariusz Fornalczyk!

Fot. Martyna Kowalska, widzew.com

To jest mecz założycielski – stwierdził Marcin Żewłakow podczas transmisji na żywo pojedynku Widzewa z Wisłą Płock (2:0).Inni entuzjastycznie dodawali: – To nowe, wielkie otwarcie! Spokojnie, nie tak szybko. To na razie pierwszy bardzo ważny, krok w dobrą stronę.

Łodzianie choć wloką się w ogonie tabeli, pokazali drużynie z czołówki, gdzie raki zimują. Byli lepsi, wygrali zasłużenie. Ba, mogli to zrobić zdecydowanie bardziej efektownie, bo mieli znakomite, niewykorzystane niestety, sytuacje na zdobycie kolejnych bramek.

Zmarnowali dwie znakomite sytuacje, pogubili się przy kilku próbach wyprowadzenia groźnej kontry. Nic sobie jednak nie robili z tego, że bodaj najsłabszym ich piłkarzem, był najdroższy gracz całej ekstraklasy – Osman Bukari. Okrutnie się mylił. Czyżby ciążyła mu wisząca nad głową wielka forsa? Potrzebuje odblokować się, a może jednak nie jest to tak dobry gracz, jak go prezentowano!

Najważniejsze, że inni stanęli na wysokości zadania. Dla wielu piłkarzem meczu był pracujący za dwóch, łatający dziury, uczestniczący w wielu pozytywnych akcjach zespołu Emil Korvig. Moim zdaniem miano MVP pojedynku należy się Mariuszowi Fornalczykowi.

Dynamiczny skrzydłowy, potrafiący skutecznie wygrywać pojedynki jeden na jeden jest dziś solą futbolu. Jego wartość i wpływ na grę jest nie do przecenienia. Nareszcie skrzydłowy o takiej charakterystyce – Mariusz Fornalczyk mógł pokazać swój talent i moc. Także dlatego, że wreszcie znalazł na swoje stronie partnera do współpracy – Christophera Chenga.

Dlaczego i po co trener Igor Jovicević zmienił go w samej końcówce spotkania, pozostanie szkoleniową zagadką. Jak to dobrze, że Jovicević zrezygnował z beznadziejnego pomysłu, aby najlepszy strzelec drużyny – Sebastian Bergier egzekwował stałe fragmenty gry, bo napastnik przydał się i to jak w polu karnym rywala.

Teraz z kartkowych powodów Widzew będzie musiał sobie radzić bez swojego snajpera (11 zdobytych goli), a 20 lutego o godz. 20.30 czeka Widzew u siebie mecz z Cracovią, która bezbramkowo zremisowała z Jagiellonią. Czy w buty Bergiera będzie potrafił wejść asystent przy drugiej bramce w Płocku – Andi Zeqiri,czas pokaże.

Jest przełamanie. Widzew wreszcie wygrał. Jak najbardziej zasłużenie. Strzelił dwie zwycięskie bramki, a mógł zdobyć ich więcej!

W ostatnim z możliwych momencie, gdy znalazł się w sytuacji podbramkowej czyli w strefie spadkowej, Widzew wreszcie się obudził. Wygrał ważny, arcytrudny wyjazdowy mecz z zespołem z czołówki.

Od pierwszych chwil widać było jak bardzo z dobrej strony chce się pokazać trudny do upilnowania Fornalczyk. I powinien mieć asystę. Po jego dokładnym dośrodkowaniu wykładaną piłkę na piątym metrze dostał Kornvig, ale trudno to zrozumieć czemu zamiast trafić do bramki, główkował w poprzeczkę.

To Widzew chciał, miał inicjatywę, próbował. W najlepszej akcji, po kolejnej centrze Fornalczyka nie zdołał niestety dojść do główki Bergier. Łodzianie oddając inicjatywę gospodarzom, szukali szansy w przechwytach i szybkiej kontrze. I dopięli swego. Po główce Bergiera w polu karnym piłkę ręką odbił jeden z piłkarzy Wisły i arbiter po analizie VAR podyktował jedenastkę. Pewnie wykorzystał ją Bergier. To jego jedenasty gol w sezonie! Niestety chwilę później napastnik po zbytnim okazaniu swojej radości kibicom gospodarzy, ujrzał czwartą w sezonie żółtą kartkę i kolejnym meczu nie wystąpi!

Gospodarzy natchnąć do lepszej gry miało wejście na boisko Kuna. Widzew nie zamierzał jednak oddawać inicjatywy i kurczowo bronić własnego przedpola. Nadal dobry mecz rozgrywał Fornalczyk, który po dynamicznym wejściu, strzelając z 20 metrów, trafił w poprzeczkę!

A potem była jeszcze lepsza sytuacja na podwyższenie prowadzenia. Bukari nie wygrał pojedynku sam na sam z bramkarzem. Zdołał jednak zagrać do Sheu, który strzelając z 13 metrów trafił w poprzeczkę. A Bukari… Znów niestety nie wykorzystał dogodnej sytuacji. Po podaniu, no kogo? Oczywiście Fornalczyka.

Skrzydłowy nie dawał usnąć swoim partnerom. Niezmordowany inicjował kolejne ataki. W tej sytuacji zmiana najbardziej energetycznego piłkarza w końcówce meczu wydaje się przedziwna, mocno kontrowersyjna! Ale łodzianie nie zamierzali się zatrzymać. W samej końcówce kropkę nad i postawił Kornvig strzelając gola w sytuacji sam na sam, po podaniu Zeqiriego. Ten gol to najlepszy dowód na to, że Widzew odniósł zasłużone zwycięstwo!

Mecz oglądało 8834 widzów.

20 lutego o godz. 20.30 czeka Widzew u siebie mecz z Cracovią, która bezbramkowo zremisowała z Jagiellonią.

Wisła Płock – Widzew 0:2 (0:1)

0:1 – Bergier (38, karny), 0:2 – Kornvig (89)

Widzew: Drągowski – Krajewski (90+5), Żyro, Andreou, Wiśniewski, Cheng -Bukari (90, Pawłowski), Shehu, Lerager, Fornalczyk (79, Baena) – Kornvig (90, Isacc), Bergier (79, Zeqiri)

« Older posts Newer posts »

© 2026 Ryżową Szczotką

Theme by Anders NorenUp ↑