Fot. Marek Młynarczyk, autor bloga www.obiektywnasport.pl
Ciekawe, czy polska ekstraklasa też będzie miała taki dylemat: jakiego koloru piłkami zacząć tegoroczne zmagania? Wbrew pozorom, może się to okazać problemem, czego dowodem sytuacja we włoskiej Serie A.
Do tej pory grano tam zimą futbolówkami w kolorze żółtym. Teraz, a dokładnie od listopada, postawiono na kolor pomarańczowy i się zaczęło! Posypały się skargi, że dyskryminuje się niektórych, wcale nie w tak marginalnej liczbie, kibiców. Taka piłka jest bowiem trudna do dostrzeżenia dla osób ze ślepotą barw.
Fot. unisport.pl
Prezes Serie A, Ezio Simonelli, cytowany przez La Gazzetta dello Sportmówi: – Poprosiliśmy naszego dostawcę o przygotowanie nowych piłek. Na każdy mecz potrzebujemy 25 sztuk. To 500 tygodniowo, wyłączając te, które otrzymują drużyny do treningów.
Zostaną wyprodukowane nowe piłki z kolorem, który będzie bardziej widoczny, ale to zajmie trochę czasu, zanim będziemy mogli zastąpić te pomarańczowe. Wrócimy do piłek żółtych lub białych.
Niby wszystko w futbolu można, a jednak pewnych technicznych, czy też raczej produkcyjnych, problemów się nie przeskoczy. Piłki nie powstaną od tak, na zawołanie. Trzeba na nie cierpliwie poczekać. Czy władze Ekstraklasy SA powinny wziąć to pod uwagę?!
Powiem szczerze, że gdy wrócił do gry, odetchnąłem z ulgą i znów nabrałem wiary, że lepsza przyszłość jest możliwa. O kim myślę? O pomocniku Michale Mokrzyckim.
W rundzie jesiennej zagrał w dwóch pierwszych spotkaniach, a potem kontuzja i powrót na boisko po prawie dwóch miesiącach. Wystąpił w 13 ligowych i jednym pucharowym spotkaniu. Strzelił jedną bramkę w przegranym meczu z Pogonią w Siedlcach. W sumie zebrało się 1125 minut grania.
Nie minuty są najważniejsze, ale to, jakim Michał jest piłkarzem. Gdy znajduje się w formie dla ŁKS jest po prostu graczem niezbędnym. Stabilizuje grę drużyny, dzięki temu potrafi ona utrzymać w miarę względną równowagę, między ofensywą i obroną. Umie wygrać pojedynek jeden na jeden, dokładnie dośrodkować. Jak jest trwoga, to zawsze można zagrać piłkę do niego. Na pewno będzie wiedział, co z nią zrobić. Także na nim można budować lepszą, wiosenną przyszłość ŁKS.
Michał jest jednym z kilku ważnych piłkarzy zespołu, którym po sezonie kończy się kontrakt. Szefowie klubu muszą zrobić wszystko, żeby go z nim przedłużyć. To bez wątpienia będzie sukces nie mniejszy, a wręcz większy niż niepewne efektu kolejne transfery.
Szybo przekonamy się, czy łodzianie są w stanie zrobić sportowy krok do przodu i walczyć w barażach o upragniony awans. Już pierwszy ligowy mecz tego roku będzie prawdziwym wyzwaniem i sprawdzianem możliwości. ŁKS zagra w Bytomiu z rewelacją rozgrywek, Polonią. Jesienią zwyciężył u siebie aż 5:0. Ale teraz ten wynik się nie powtórzy. Rywale są mocnym wiceliderem tabeli. ŁKS zajmuje jedenaste miejsce i oczywista prawda: jeśli chce się piąć w górę tabeli, musi po prostu wygrywać!
Zastanawiam się, czy w nowym personalnym układzie, przy graniu dwoma napastnikami i sprowadzeniu kolejnego (co wskazuje, że ten kierunek grania może być wiosną kontynuowany), jest jeszcze miejsce w jedenastce dla Mariusza Fornalczyka. Piłkarza, który cieszy się moją sympatią, bo ambicją, charakterem, niepogodzeniem z porażką, przypomina ludzi dawnego Wielkiego Widzewa.
Jasne – liczby go nie bronią, ale to nie liczby grają, tylko ludzie. Wystąpił w 17 ligowych meczach. Zaliczył jedn asystę. No i to by było na tyle. Był graczem pierwszego wyboru, ale ostatnio stracił miejsce w jedenastce. W zwycięskim pucharowym pojedynku z Pogonią grał od 84 minuty, a w przegranym, wyjątkowo frajersko i bez sensu, ligowym starciu z Zagłębiem od 75 minuty. Występy bez znaczenia i do zapomnienia. Taka ewentualna ligowa oraz pucharowa przyszłość jest poniżej piłkarskich możliwości i na pewno ambicji Mariusza Fornalczyka.
Kto powinien być dla niego wzorem sportowego postępowania? Bez wątpienia Sebastian Bergier, którego tzw. fachowcy skazywali na grzanie ławy, a on wyrósł na jednego z dwóch (obok Juljana Shehu) najlepszych piłkarzy Widzewa w rundzie jesiennej. W 15 ligowych meczach zdobył 9 bramek. Pokazał klasę i moc. I na nim powinien wzorować się Fornalczyk, bo moim zdaniem, ma talent i umiejętności, żeby w polskiej, łódzkiej piłce odgrywać istotną rolę.
Od 1 stycznia obowiązują nowe zasady języka polskiego. Przypomina o nich UMŁ w krótkiej analizie. Zostały one przygotowane przez językoznawców i zatwierdzone przez Radę Języka Polskiego. Ich cel jest prosty: ułatwić pisanie i ograniczyć liczbę niejasnych wyjątków. Nie chodzi o rewolucję, ale o uporządkowanie zasad.
Jedna z najbardziej zauważalnych zmian dotyczy pisowni wielką literą nazw mieszkańców miast, dzielnic i miejscowości. Od teraz poprawne są formy takie jak: Łodzianin, Bałuciarz, Widzewiak, Zgierzanin, Pabianiczanin czy Skierniewiczanin.
Drugą najbardziej zauważalną zmianą jest wprowadzenie pisowni wielką literą wszystkich członów wielowyrazowych nazw geograficznych np. Morze Marmara, Pustynia Gobi, Półwysep Hel, Wyspa Uznam. Ujednolicono też zapis nazw miejsc i obiektów w przestrzeni publicznej. Wielką literą piszemy m.in.: Aleja Piłsudskiego, Plac Wolności, Park Staromiejski, Most Poniatowskiego, Kościół św. Mateusza, Pałac Rodziny Poznańskich, Willa Kindermanna, Zamek w Łęczycy, Apteka pod Orłem. Małą literą nadal słowo ulica, np. ulica Piotrkowska.
Podobna zasada dotyczy nazw instytucji i lokali: Teatr Wielki w Łodzi, Teatr Powszechny, Muzeum Miasta Łodzi, Kino Charlie, Kawiarnia Literacka, Restauracja Manekin.
Od lat jedną z największych trudności była pisownia „nie”. Nowe zasady znacznie to upraszczają. Wprowadzono zawsze łączną pisownię „nie” z imiesłowami, np. nieprzygotowany projekt, nieodnowiona kamienica, niezrealizowana inwestycja –niezależnie od znaczenia.
W innych przypadkach nadal kierujemy się sensem zdania. Pisząc „niezadowolony mieszkaniec Łodzi”, mamy na myśli jego cechę, więc zapisujemy wyraz łącznie. Ale w zdaniu „wniosek był nie przygotowany na czas” chodzi o faktyczny brak przygotowania – tu piszemy osobno.
Ujednolicono także pisownię nie- z przymiotnikami i przysłówkami, nawet w stopniu wyższym i najwyższym. Poprawne są formy: niezbyt drogi, niestaranny, niestaranniej, nienajlepiej przygotowany.
Nowe zasady porządkują też pisownię popularnych cząstek. Pół- zapisujemy łącznie w wyrażeniach takich jak półzabawa, półżartem, półprawda, np. spotkanie było półoficjalne. Z łącznikiem piszemy formy typu pół-Łodzianin, gdy mówimy o jednej osobie.
Dopuszczono także dwie formy zapisu cząstek takich jak super, eko, mini, mega. Poprawne są zarówno superwydarzenie, jak i super wydarzenie, jeśli mamy na myśli wydarzenie „super”. Podobnie: ekożywność lub eko żywność, np. na targach w województwie łódzkim.
Wielką literą zapisujemy wszystkie człony nazw nagród, tytułów i wyróżnień, np. Honorowy Obywatel Miasta Łodzi, Nagroda Prezydenta Miasta Łodzi, Nagroda Literacka im. Juliana Tuwima.
Ten tegoroczny sportowy wyczyn powinien zostać w przeróżnych rankingach i podsumowaniach dostrzeżony i doceniony. Pokazuje inne, optymistyczne i pogodne oblicze polskiego sportu.
Jeden z dwóch trenerów reprezentacji Polski w rugby – Tomasz Stępień(obok Kamila Bobryk)zdobył się na wyjątkowy wyczyn. Pierwszy raz w życiu przebiegł maraton, dokładnie: Maraton Poznański, aby zebrać fundusze na potrzeby kadry narodowej w ramach akcji „Biegnę dla Reprezentacji Rugby”. Nie szukał sponsorów w gabinetach, ani nie czekał na organizacyjny cud. Postanowił działać. I zadziałał!
– Nie będzie to zwykła zbiórka. Będzie walka. Z czasem, z dystansem, z własnymi słabościami. 42 kilometry wysiłku w imię biało-czerwonych barw -zapowiadał.Jego akcja była wyrazem desperacji i poszukiwania wsparcia dla drużyny, która boryka się z trudnościami finansowymi.
– Kadra to grupa prawdziwych wojowników. Facetów, którzy na każdym treningu, każdym zgrupowaniu i każdym meczu zostawiają na boisku serce, pot, czasem i krew. Praca z nimi to duma i ogromna odpowiedzialność. Ale choć pasji mamy pod dostatkiem, to nie zawsze mamy to, co najprostsze, czyli środki, by zapewnić chłopakom godne warunki przygotowań. W Polskim Związku Rugby nie ma pieniędzy nie tylko na kadrę, tam nie ma pieniędzy na nic- przedstawił swoją motywację do wyjątkowego działania w emocjonalnym wpisie.
Tomasz Stępień zrobił to, by wesprzeć organizację zgrupowań i pokazać determinację, zbierając środki poprzez specjalną zbiórkę z pomocą Fundacji „Polskie Rugby”.
I mnie to się szalenie podobało, zbudowało i pozwoliło optymistyczniej spojrzeć na jedną z ulubionych dyscyplin. To na pewno jest krok, chciałoby się żeby milowy, w dobrą stronę. Brawo, panie Tomku. Oby teraz było już tylko lepiej czyli z górki!
Widziany w Polsce gdzieś na marginesie kluczowych sport, potrafi wybić się na wielkość, której w piłce nożnej, siatkówce czy koszykówce mogą tylko zazdrościć. To jeden z największych i najbardziej niespodziewanych sukcesów w 2025 roku!
Polskie hokeistki na trawie zostały w chorwackim Porecu halowymi mistrzyniami świata. W finale turnieju pokonały Austrię 1:0 (1:0) i jest to największy w historii sukces w tej dyscyplinie. Bramkę na wagę złota zdobyła Amelia Katerla. Dotychczas najlepszym wynikiem było piąte miejsce w 2011 i 2015 roku. Polki mają w dorobku także cztery medale halowych mistrzostw Europy – dwa srebrne i dwa brązowe.
Fot. PZHT
– Nie mogę nawet opisać, jak się czujemy. Mam cały czas adrenalinę we krwi i myślę, że dopiero po jakimś czasie dojdzie do nas, że zdobyłyśmy ten tytuł. Łzy już się polały, a poleją się jeszcze raz, gdy usłyszymy Mazurka Dąbrowskiego na obcej ziemi. No i co? Trzeba przyznać, że jesteśmy mistrzyniami świata – powiedziała po meczu Monika Chmiel, jedna z liderek reprezentacji i jedna z trzech, obok Anny Gabary i Magdy Pabiniak, zawodniczek KS Hokej Start Brzeziny w drużynie narodowej.
Tu trzeba koniecznie przypomnieć nazwiska mistrzyń świata. Barw drużyny prowadzonej przez Krzysztofa Rachwalskiego, broniły: Marlena Rybacha – DSD Dusseldorf e.V., Marta Kucharska – Grossflottbeker THGC e.V. Hamburg, Julia Balcerzak – Grossflottbeker THGC e.V. Hamburg, Amelia Katerla – HC Huizer, Viktoria Zimmermann – Russelsheimer RK, Daria Skoraszewska – AZS Politechnika Poznańska, Monika Chmiel – KS Hokej Start Brzeziny, Anna Gabara – KS Hokej Start Brzeziny, Magdalena Pabiniak – KS Hokej Start Brzeziny, Julia Kucharska – UKS SP 5 Swarek Swarzędz, Marta Czujewicz – UKS SP 5 Swarek Swarzędz, Jagoda Arciszewska – UKS SP 5 Swarek Swarzędz.
Mistrzynie świata z Brzezin – od lewej: Monika Chmiel, Anna Gabara, Magdalena Pabiniak Fot. PZHT
To nie jedyny reprezentacyjny halowy sukces. Wcześniej drużyna narodowa K 21 zdobyła srebrny medal młodzieżowych mistrzostw Europy. Barw Polski broniły trzy zawodniczki KS Hokej Start: Anastazja Szot, Justyna Ferdzyn i Oliwia Krychniak.
Mistrzynie z Brzezin Fot. Marek Młynarczyk, autor bloga www.obiektywnasport.pl
Udany rok żegna drużyna mistrzyń Polski (na otwartym boisku) i wicemistrzyń w hali, w nowym sezonie też walcząca o medale- KS Hokej Start Brzeziny. Prowadzona z pasją, oddaniem i zaangażowaniem przez Małgorzatę Polewczak.
Nie byłoby sukcesów bez wsparcia sponsorów, którym z całego serca dziękują ambitne brzezińskie dziewczyny. To: Bank Spółdzielczy w Andrespolu, Urząd Marszałkowski w Łodzi – Łódzkie dla Ciebie, Ortho Sport Clinic, Ministerstwo Sportu i Turystyki
ŁKS jesienią po prostu zawiódł. Jest w dolnych rejonach tabeli, choć ciągle z szansami na strefę barażową, bo liga się spłaszczyła, a jej wizytówką jest to, że każdy może wygrać z każdym. Udaną jesień miały tak nieoczywiste zespoły jak Polonia Bytom, czy Stal Rzeszów.
Kto nie rozczarował jesienią w łódzkim klubie? Po niezbyt nieudanym początku coraz lepiej radził sobieArtur Craciun. Progres zanotował Krzysztof Fałowski. Szkoda, że ten dobry czas przerwała kontuzja.
Najlepszym piłkarzem zespołu był jesienią Jasper Loffelsend. On swoją grą potrafił wpływać na końcowy wynik spotkania. Gdy wrócił po kontuzji nowego ducha w drużynę tchnął kapitan Piotr Głowacki.
Czasami spore możliwości pokazywał Bastien Toma. Szkoda, że robił to tak rzadko. Można było liczyć na Fabiana Piaseckiego i Michała Mokrzyckiego. W końcówce ligowych zmagań jokerem w łódzkiej talii okazał się Koki Hinokio. Sporo nazwisk ludzi, na których można budować lepszą przyszłość. Oby wiosną nie zawodzili, a pokazali swoje futbolowe możliwości.
Na dodatek ŁKS chce pozyskać mających być wzmocnieniem: środkowego obrońcę i defensywnego pomocnika(czy chodzi oMichała Kaputa z Radomiaka?). Gdyby całe to towarzystwo udało się zebrać do kupy, zbudować sensowny team, to…
6 stycznia pierwszy trening piłkarzy ŁKS w nowym roku. Na początku lutego startuje runda wiosenna Betclic 1. Ligi. Pierwszym rywalem łodzian będzie Polonia Bytom. Do szóstej w tabeli Wieczystej Kraków brakują ełkaesiakom cztery punkty. Ech, marzenia to dobra rzecz…
Bez cienia wątpliwości, Widzew jest zdecydowanym liderem futbolowej… medialności. O żadnym innym polskim klubie nie pojawiło się w ostatnim czasie tyle sensacyjnych informacji. Media i portale internetowe w czasie zimowej posuchy mają używanie!
Gdy ten szum medialny atakuje, to przez moment wydaje się, że Widzew bierze wszystkich. Transfer goni transfer, a w kolejce czekają następne. Ostatnio głośno mówiło się, że widzewiakiem może zostać Afimico Pululu. Szumiało na całą Polskę, a ponieważ sprawa jest ciągle otwarta może szumieć dalej, nabijając słupki oglądalności widzewskich informacji.
Były prezes klubu – Tomasz Stamirowski mówi na łamach Expressu Ilustrowanego, że widzi iż jego ukochany klub niebezpiecznie zmierza w stronę jednego ze swoich największych sportowych i nie tylko adwersarzy – Legii Warszawa.
W stolicy też medialna sława (z reguły chwilowa) w żadnej mierze nie przekłada się ostatnio na sportowe wyniki. A tam w Warszawie i tu w Łodzi – mało, ciągle chce się więcej. Sęk w tym, że za tym chciejstwem nie idą sportowe wyniki. Oby wiosną Widzew nie podzielił swojego i warszawskiego smutnego ligowego losu z jesieni, po po prostu pożegna się z ekstraklasą!
Nie mógłbym dziś być ligowym piłkarzem i to z kilku powodów. Pierwszy oczywisty, brakowałoby mi umiejętności, ale są też inne…
Przyjmując hipotetycznie, żebym się jednak nadawał, to i tak pojawienie się na ligowym boisku, byłoby dla mnie męką. Nie mógłbym po prostu grać z tą uprzężą na plecach, którą zakładają wszyscy piłkarze. Po co? Po to, żeby można było monitorować ich każdy ruch, a potem prowadzić szczegółowe analizy, którymi żywią się tzw. szkoleniowi fachowcy i eksperci.
Dla mnie to byłby garb, trudny donoszenia i przezwyciężenia. Rozpraszający moją uwagę. Skupiający ją nie na meczu i kolejnych akcjach, tylko na tym, co mnie uwiera. Pewnie, gdybym nie chciał się dać zaprząc, jak koń do kieratu raz, drugi, trzeci, to z hukiem wyleciałbym z drużyny na twardy futbolowy bruk. Za krnąbrność, arogancję, nierespektowanie reguł postępowania. No, po prostu trudny, wyalienowany osobnik, dla którego nie ma miejsca w futbolowej społeczności.
Jeszcze nie tak znów dawno, gdy nie było uprzęży, nie do zaakceptowania był dla mnie pomysł, że trzeba grać z koszulką wpuszczoną w spodenki. Mnie to zawsze uwierało, przeszkadzało, skutecznie rozpraszało moją sportową uwagę. Dobrze, że zrezygnowano z tego idiotycznego pomysłu.
Nie mógłbym być ligowym piłkarzem, bo nie mam i nie zamierzam mieć na swoim ciele tatuaży. Grałbym też wiecznie rozczochrany, ze zmierzonymi włosami, bo dłuższe niż treningi, stylizowane wizyty u fryzjera, nakładanie ton żelu, żeby w trakcie meczu nie drgnął choć jeden włos, to nie dla mnie.
Na dodatek, gdy ja grałem w hokeja na trawie i w piłkarskiej III lidze szóstek, to udawanie fauli i przeżywanie każdego, ostrego starcia, jakby to było trzęsienie ziemi, grożące wielomiesięczną kontuzją, po prostu było nie do przyjęcia, narażało cię na śmieszność i środowiskowe lekceważenie. Boiskowe czasy się jednak zmieniły i cóż, muszę z bólem serca przyznać, że są nie dla mnie…
Canicross – to dyscyplina, w której człowiek i pies tworzą jeden organizm, połączony nie tylko liną i pasem biodrowym, ale przede wszystkim zaufaniem. Właśnie tą drogą od lat biegnie Bartłomiej Sobecki.
Z entuzjazmem przedstawia sportowca Agnieszka Lubiatowska z UMWŁ: – Bartłomiej na co dzień trenuje w Gałkowie Małym. Od ponad 20 lat biega samodzielnie, a psy towarzyszyły mu w domu od dzieciństwa. Miłość do biegania z husky przyszła jednak nieco później i – jak sam przyznaje – zupełnie przypadkiem.
W 2006 roku trafił do sklepu, w którym spotkał osobę biegającą z psami. Z ciekawości zaczęło się coś, co dziś jest jego sposobem na życie. Pierwszy start z psami miał miejsce w 2007 roku na dystansie pięciu–sześciu kilometrów.
Kilka lat później zapadła decyzja o zakupie pierwszego psa zmyślą o sporcie. W 2014 roku do rodziny dołączył Demon. Od tego momentu wszystko nabrało tempa. Dziś Bartłomiej startuje głównie w canicrossie oraz innych dyscyplinach sportów zaprzęgowych bez śniegu. Na swoim koncie ma złoty medal i tytuł Mistrza Świata WSA w canicrossie, a także srebrny medal Mistrzostw Świata Psich Zaprzęgów wywalczony wspólnie z psem Marleyem.
– Bez zaufania nic by z tego nie wyszło – podkreśla Bartłomiej. – Gdy jadę na sportowej hulajnodze i wchodzę w zakręt z dużą prędkością, pies musi być doskonale wyszkolony i rozumieć komendy. „Lewo” naprawdę musi znaczyć lewo.
Jego drużyna składa się z czterech husky: Demona, Rasty, Dastiego i Marleya. To psy które, jak mówi ich opiekun – zawsze mają ochotę biec. Husky kochają ciągnąć, kochają ruch i adrenalinę. W szczycie formy potrafią osiągać prędkości około 30 kilometrów na godzinę, a chwilowo nawet blisko 40.
Na treningach, gdy biegnie tylko z jednym psem, pozostałe nie kryją emocji. Wyją, szczekają i domagają się swojego udziału. Przed zawodami bywa podobnie; psy są tak zaangażowane i pełne pasji, że wyją z radości na samą myśl o biegu. – To widać – mówi Bartłomiej – one naprawdę chcą tam być!
– Patrząc na ostatnie mistrzostwa świata, to ostatni kilometr byłdla mnie najgorszy. Marley dał radę, po mnie było widać ogromne zmęczenie. Końcówki zawsze są najtrudniejsze. Staram się jednak psom tego nie pokazywać. Zawsze im dziękuję, żeby nie poczuły, że robią mi krzywdę.
W tej historii nie chodzi wyłącznie o medale i miejsca na podium. Chodzi o relację, której nie da się zmierzyć czasem ani przeliczyć na pieniądze.
Przez ponad 30 lat pisałem, bardzo często o sporcie, wzbudzający spore emocje felietonik Ryżową Szczotką w Expressie Ilustrowanym. Uznałem, że warto do niego wrócić. Wiele się zmieniło, a jednak nadal są sprawy, które wymagają komentarza bez owijania w bawełnę.
Pisze z Łodzi sobie szkodzi - tak tytułował swoje felietony znakomity Zbyszek Wojciechowski. Inny świetny dziennikarz Antoś Piontek mówił, że w sporcie jak w żadnej innej dziedzinie życia widać czarno na białym w całej jaskrawości otaczającą nas rzeczywistość. Do tych dwóch prawd chcę nadal nawiązywać.