Ryżową Szczotką

Rezerwowy Pafka

Page 2 of 186

Wyjazdy przestały się śnić piłkarzom ŁKS po nocach, ale… Co zrobić, żeby nie przeżywać sportowego koszmaru na własnym boisku?!

Podcinka Jaspera Loffelsenda Fot. Artur Kraszewski

Wyjazdowe mecze, to był sportowy koszmar piłkarzy ŁKS. Nawet w spotkaniach, w których mieli więcej z gry, więcej sytuacji, łodzianie schodzili z murawy z opuszczoną głową. Aż 6 razy musieli przeżyć gorycz porażki. I to się zmieniło. Obce boiska przestały być im straszne, a wszystko stało się… nie za dotknięciem czarodziej, tylko za sprawą pracy, jaką wykonał z zespołem Grzegorz Szoka. Jesienią wygrał w Łęcznej, a wiosną w Bytomiu i w Mielcu.

Na dodatek ŁKS pokazał już dwa razy, że potrafi odwracać losy meczu. To może oznaczać, że nie ma w tym przypadku. Jak zatem nie patrzeć poza Łodzią gra lepiej, a u siebie. No, po prostu po wpadce z Chrobrym, musi wygrać, bo inaczej całkiem wygoni kibiców ze stadionu! A wyzwanie znów nie będzie łatwe. 28 lutego o godz. 19.30 ŁKS podejmie Miedź Legnica, która też marzy o zajęciu miejsca premiowanego przynajmniej udziałem w barażach. Nie będzie zmiłuj się. Czeka łodzian walka na całego, oby zwycięska.

Pozytywy meczu w Mielcu. Tylko raz łodzianie dali się zaskoczyć we własnym polu karnym, tak w miarę kontrolowali grę defensywną, nie dając rywalom szans na stworzenie bramkowych sytuacji. Wrócił do ligowej jedenastki Sebastian Rudol, ba wrócił z opaską kapitana. Faktem jest, że trochę mu się upiekło, bo mógł w jednej sytuacji ujrzeć czerwoną kartkę, ale im dalej w mecz, tym lepiej. Grał coraz pewniej, odważniej, stając się ważną postacią na boisku.

Na pewno cieszy to, że najlepszy mecz wiosną rozegrał najlepszy piłkarz ŁKS w jesiennych zmaganiach czyli Jasper Loffelsend. A swój udany występ udokumentował bramkę, zdobytą w sytuacji sam na sam znakomitą techniczną podcinką nad bramkarzem.

ŁKS pokazał w kilku akcjach, że ma ofensywny potencjał. Umie szybko i dokładnie przeprowadzić kontratak, serią dokładnych podań zbudować groźną sytuację pod bramką rywala. Chciałoby się wierzyć, że tych pozytywnych kroków będzie więcej i jeszcze więcej…

Laga do przodu to może być za mało, żeby Widzew zdobył choć jeden punkt w Szczecinie. Potrzeba więcej jakości i skuteczności w grze!

FotoSzyK

Bezbramkowy remis, po bezbarwnym meczu z Cracovią, trochę ostudził widzewski entuzjazm i pokazał, że w walce o utrzymanie się w ekstraklasie łatwo nie będzie. 28 lutego o godz. 14.45 Widzew zagra z Pogonią w Szczecinie i słaby pressing, granie głównie lagą do przodu oraz walka, to może być za mało, żeby odnieść sukces. A punktów potrzeba łodzianom, jak powietrza.

To ogromna strata, że w Szczecinie z powodu nadmiaru żółtych kartek prawdopodobnie zabraknie najbardziej energetycznego piłkarza łodzian, pchającego grę do przodu – Mariusza Fornalczyka. Nie będzie też jego ewentualnego zmiennika – Angela Baeny, bo jest kontuzjowany. Dojdzie nowy, doświadczony obrońca – Steve Kapuadi.

Wróci do składu Sebastian Bergier. To z kolei bardzo dobra wiadomość, bo w meczu z Cracovią (0:0) grania w ataku praktycznie nie było. Andi Zeqiri więcej biegał po boisku bez większego sensu, niż grał. Zagrożenia nie stwarzał żadnego. Takim występ skazuje się na grzanie ławy.

Igor Jovicević rozbrajająco przyznaje, że w ofensywie jest… wielka posucha: – W meczu z Cracovią mieliśmy dostępnych tylko dwóch graczy – Bartka Pawłowskiego i Frana Alvareza. Nie był to też meczu, w którym łatwo byłoby złapać rytm, wchodząc z ławki.

Widać jak na dłoni, że grę łodzian muszą ciągnąć i jej pilnować nowi piłkarze – Lukas Lerager i Emil Kornvig. Bez ich dyscyplinującej postawy na boisku zespół może się w kolejnym spotkaniu posypać niczym domek z kart. A zatem z pewną sportową obawą czekam na to, co stanie się w Szczecinie. 28 lutego o godz. 14.45 mecz Pogoń – Widzew.

Jarosław Piechota chciał zdobyć schodowy Mont Everest. Skończył na 36 wejściach na 42 piętro i na 5841 m

Zdjęcia: archiwum Jarosława Piechoty

Jarosław Piechota jak zwykle stawia przed sobą wielkie sportowe wyzwania. Teraz chciał zdobyć schodowy Mount Everest. Cóż nie udało się. Brawa, za walkę, hart ducha i ambicję.

Jarosław Piechota: – Emocje już opadły. Jechałem na te zawody ze świadomością zdobycia Everestu. Trening zrobiony, więc spokojna głowa ale drastyczny zwrot sytuacji, zbyt mocny początek po 9 min na okrążenie i stało się…

Po 8 godz. pierwszy odpoczynek, nogi jak beton ale idę dalej. Z każdym okrążeniem zaczynam walczyć ze sobą i piętrami  i czego się nie spodziewałem, podejmuje decyzje o północy że schodzę z trasy.

Kończę na 36 wejściach na 42 piętro i na 5841 pokonanych metrach. To nie był mój dzień.

To był mój trzeci udział w tych zawodach, ale pierwszy raz na budynku Skyliner. Trzeba tu wyraźnie zaznaczyć, że różnice pomiędzy klatkami schodowymi Marriott w którym biegałem poprzednio, a Skyliner, w którym biegałem w tym roku, były znaczące czyli stopień wyższy i nachylenie dużo większe, dlatego zdobyć Everest było jeszcze trudniej.

18 – 19 lutego 2017 roku zdobyłam Everest w 21 godzin , 65 x 42 piętra

8 – 9 lutego 2020 roku zdobyłam jako drużyna Piechotą Po Schodach 1 miejsce 15 288 m , 112 wejść , 4 704 pięter

Dziękuję za wsparcie całej mojej grupie Piechotą po schodach i serdeczne gratuluję wszystkim świetnych wyników.

Tymczasem charytatywny XIV Bieg na Szczyt RONDO 1 w Warszawie już 28 marca. Miejsca w ogólnodostępnej sprzedaży wyczerpały się, ale nadal można zarejestrować drużynę firmową. Cały przychód z opłat startowych przekazywany jest na rzecz Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce w Polsce -zebrana w ten sposób kwota przekroczyła już 400 tysięcy złotych! Każdy uczestnik niezależnie od osiągniętego wyniku otrzyma na mecie pamiątkowy medal. Dodatkową nagrodą będzie… panorama Warszawy z 37. piętra RONDO 1

ŁKS pokazał, że potrafi odwracać losy meczu na swoją korzyść. Trzy zdobyte punkty dają nadzieję na lepszą przyszłość

To znak firmowy wiosennego ŁKS – musi być źle, żeby na koniec było dobrze. Łodzianie przegrywali, ale potrafili odwrócić losy meczu. Odnieśli dziewiąte zwycięstwo, czwarte na obcym boisku i nadal nie przestają… marzyć.

Zaszły zmiany w najbardziej wrażliwej formacji czyli w defensywie. W wyjściowym składzie miejsce Kupczaka zajął debiutant Pingot, a Fałowskiego – Rudol (został kapitanem). Kontuzjowanego Głowackiego zastąpił w składzie Norlin.

I co? Pierwsza groźna akcja gospodarzy przyniosła im gola. Centra Szeligi trafiła na głowę niepilnowanego w polu bramkowym Puerto, który nie mógł zrobić nic innego, jak zdobyć bramkę. Inna sprawa, że pozostaje bez odpowiedzi pytanie, dlaczego Bobek nie interweniował, tylko został na linii bramkowej? Wszystko to stało się nomen omen w 13 minucie.

ŁKS próbował odrobić straty. Po znakomitym prostopadłym podaniu Rudola, w polu karnym został sfaulowany Norlin przez byłego ełkaesiaka – Szeligę i sędzia Wajda podyktował jedenastkę. Po analizie VAR musiał ją odwołać, bo zanim doszło do przewinienia, pomocnik łodzian zagrał piłkę ręką. Jak arbitrzy potrafili to jednoznacznie rozstrzygnąć, sam chciałbym wiedzieć. W każdym razie ełkaesiacy nie mogli uwierzyć, że podjęto taką decyzję. Protestował trener Szoka i ujrzał żółtą kartkę.

Na początku drugiej połowy gości przed utratą bramki znakomitą interwencją ratował Bobek. W odpowiedzi pięknym prostopadłym podaniem popisał się Toma, a Loffelsend w sytuacji sam na sam znakomitą podcinką nad bramkarzem doprowadził do wyrównania. A potem po rzucie rożnym i inteligentnej główce Norlina, piłkę głową posłał do bramki Craciun. Ofensywna, odważna gra łodzianom przyniosła rezultaty, choć w końcówce trzeba było inteligentnie bronić korzystnego wyniku. Udało się, są trzy, cenne punkty.

28 lutego o godz. 19.30 ŁKS podejmie Miedź Legnica.

Stal Mielec – ŁKS 1:2 (1:0)

1:0 – Puerto (13, głową), 1:1 – Loffelsend (51), 1:2 – Craciun (62, głową)

ŁKS: Bobek – Rudol, Craciun, Pingot, Loffelsend(74, Krykun), Wysokiński, Terlecki, Hinokio(86, Lewandowski), Norlin, Toma(74, Ernst), Piasecki(67, Arasa)

Największa polska wygrana zimowych igrzysk olimpijskich, o której mówił cały świat, to… pluszowa poduszka w kształcie pieroga

Było i szybko minęło. Chyba trzeba znaleźć lepsze zimowe terminy dla zimowych igrzysk olimpijskich, bo rozkręcająca się po zimowej przerwie europejska, ligowa piłka nożna zepchnęła je w cień.

Z naszego, polskiego punktu widzenia kompromitacji i wielkiej medalowej posuchy nie było, w czym największa zasługa najbardziej krytykowanych w trakcie sezonu skoczków. To przez moment był najbardziej zdołowany sport w Polsce. I co? Nagle odrodził się,niczym Feniks z popiołów i znów jest na topie. Widać, jak na dłoni, że to skoczkowie najlepiej utrafili z formą na najważniejszą zimową imprezę czterolecia.

Oczywiście bez polskich aferek by się nie obyło. Prezes PKOl mylił nazwisko swojej największej gwiazdy, skoczka Kacpra Tomasiaka. Saneczkarki, które zajęły niespodziewanie wysoką lokatę, narzekały na muzealnysprzęt. Jak zwykle niewinni czarodziejeczylizwiązkowi działacze po raz kolejny dowiedli wszem i wobec, że związki sportowe potrafią być kulą u nogipolskiego sportu. Ciekawe jest teraz, jak nasi medaliści poradzą sobie z nagrodami wypłacanymi w…kryptowalutach.

A kto był największym polskim wygranym olimpijskich zmagań? Co zrobiło największą furorę? Pluszowa poduszka w kształcie pieroga. Zabrana spontanicznie przez polską łyżwiarkę podbiła serca kibiców i rozsławiła Polskę.

wirtualnemedia.pl: Zdjęcie maskotki publikuje kanadyjska stacja telewizyjna CBC. Dodaje krótki opis: „Pluszowy pieróg”. Fotografia szybko staje się viralem.

Polscy łyżwiarze figurowi zdobywają 10. miejsce w konkursie drużynowym. Pozują do zdjęć z poduszką w ręku. I to znów „Pieroguszka” kradnie show. „Wyślijcie do USA!” – woła raper Snoop Dogg na Instagramie. A Jak to się przełożyło na sprzedaż poduszek z katowickiej manufaktury? – Sprzedaliśmy cały zapas – oznajmia Przemysław Sołtysik, prezes Spółdzielni Socjalnej Honolulu, która wyprodukowała maskotkę.

Aneta Książek z Polskiej Agencji Turystycznej: – Cieszę się, że „Pieroguszka” stała się tak rozpoznawalnym, ciepłym symbolem Polski podczas zimowych igrzysk. To świetny przykład tego, jak kultura może być mostem: z jednej strony mówimy o pierogach, czyli jednej z najbardziej znanych potraw polskiej kuchni, która budzi skojarzenia z domem, gościnnością i tradycją. Z drugiej strony ten sukces ma bardzo ważny wymiar społeczny, bo maskotka powstaje ręcznie w Katowicach w warsztatach prowadzonych przez Spółdzielnię Socjalną Honolulu, która zatrudnia osoby z niepełnosprawnościami i wspiera ich reintegrację zawodową oraz społeczną.

Historia spotkania piłkarskich gigantów: Kazimierza Górskiego z Ernestem Wilimowskim. Ten poniedziałkowy spektakl Teatru Telewizji zapowiada się wręcz sensacyjnie!

Lubię oglądać Teatr Telewizji, ale przyznaję, że na ten spektakl czekam z wyjątkową niecierpliwością… W poniedziałek, 23 lutego o godz. 20.30Teatr Telewizji pokaże spektakl Ezi, autorstwa Roberta Talarczyka. To opowieść o spotkaniu dwóch piłkarskich gigantów: Ernesta Wilimowskiego i Kazimierza Górskiego podczas mistrzostw świata w piłce nożnej w 1974 roku w Monachium.

Ezi zamienia wtedy kilka kurtuazyjnych zdań z Kazimierzem Górskim i znika, zostawiając Górskiemu napisaną po niemiecku kartkę: Chciałem Pana poznać, o panu teraz głośno, niech się powiedzie polskiej drużynie, proszę mnie źle nie wspominać. Zdarzenie to stanowi kanwę scenariusza spektaklu.

W postacie głównych bohaterów wcielają się Andrzeja Chyra (Wilimowski)i Zbigniew Zamachowski (Górski). Widowisko wyreżyserował Janusz Zaorski, dla mnie autor jednego z najlepszych i najprawdziwszych filmów o PRL czyli Piłkarskiego pokera. Obrazu pełnego wyjątkowych historii o ówczesnym życiu, sporcie i pełnym szwindli futbolu.

Czytam w zapowiedziach spektaklu: Górski – już za życia stał legendą polskiej piłki nożnej, Wilimowski – za występy w reprezentacji III Rzeszy został po wojnie wykreślony z piłkarskich annałów i dopiero zaczyna istnieć w powszechnej świadomości kibiców. Rozmowa obu bohaterów stała się pretekstem do rozliczenia z historią XX wieku

– To znakomity temat na film – stwierdził po prezentacji spektaklu Wojciech Smarzowski, reżyser m.in. Drogówki oraz Domu złego i Domu dobrego. – Fantastyczna historia, warta opowiedzenia.

O Kazimierzu Górskim, to co najważniejsze, wie każde interesujące się piłką polskie dziecko. A Ernest Wilimowski? Do dziś pozostaje rekordzistą w liczbie strzelonych bramek w jednym spotkaniu na najwyższym poziomie rozgrywkowym w polskiej piłce. 21 maja 1939 roku w Chorzowie, podczas meczu ligowego z Union-Touring Łódź (12:1) Wilimowski dziesięć razy trafił do łódzkiej bramki! Z Ruchem Wielkie Hajduki, czyli dzisiejszym Ruchem Chorzów, czterokrotnie zdobył trofeum mistrza Polski (1934, 1935, 1936, 1938). Tyle samo razy sięgał po koronę króla strzelców.

Piłkarz brylował także w reprezentacji Polski. Przez 56 lat był rekordzistą pod względem liczby zdobytych goli w jednym meczu na mistrzostwach świata. Choć biało-czerwoni przegrali wtedy po pasjonującym pojedynku 5:6 z Brazylią, Ezi aż cztery razy wpisał się na listę strzelców.

Mam do postaci Ernesta Wilimowskiego osobisty stosunek. Wiele, wiele lat temu na seminarium magisterskim na polonistyce UŁ mojemu promotorowi profesorowi Zdzisławowi Skwarczyńskiemu wspomniałem, że interesuję się postacią Eziego, wtedy wyklętą, zakazaną, zapomnianą. I się zaczęło… Co tydzień na seminarium opowieściom o Wilimowskim nie było końca.

Okazało się, że pan profesor przed wojną grał przeciwko śląskiemu piłkarzowi i nie krył zachwytów nad umiejętnościami Eziego. Dla niego Wilimowski był polskim piłkarzem wszech czasów, choć widział w akcji Gerarda Cieślika, Ernesta Pohla, Włodzimierza Lubańskiego, Kazimierza Deynę czy zaczynającego wtedy zdobywać piłkarskie szczyty – Zbigniewa Bońka…

Widzew. Zdobyty punkt, po bezbramkowym remisie, jest cenny, choć wielkiej satysfakcji z gry drużyny nie było

W sytuacji, gdy walczy się w dolnych rejonach tabeli, każdy zdobyty punkt jest na wagę złota, choć sposób jego wywalczenia wielkiej sportowej satysfakcji nie przynosi. Widzew zremisował dopiero trzeci mecz w rozgrywkach. Krakowianie zrobili to po raz dziewiąty. Nie przegrali meczu od siedmiu ligowych starć. W czterech wiosennych pojedynkach stracili tylko jedną bramkę…

Wróćmy do Widzewa. Zwycięskiego składu się nie zmienia i tak postąpił trener Jovicević poza jednym wyjątkiem. Korektę wymusiła czwarta żółta kartka. Bergiera w ataku zastąpił Zeqiri. Mecz się opóźnił o cztery minuty, bo było problemy z łącznością sędziego z VAR. A każda upływająca minuta była cenna, bo pojedynek rozpoczął się przy temperaturze -5 C.

Napędzeni ostatnim sukcesem gospodarze rozpoczęli odważnie, ofensywnie. Ich akcje kończyły się jednak niecelnymi, bądź zablokowanymi strzałami. Ostrożna Cracovia po ponad kwadransie zdecydowała się na atak. Końcami palców wybił piłkę nad poprzeczkę Drągowski po strzale Klicha.

Bezsensowne zachowanie Fornalczyka, który klepnął rywala w klatkę piersiową, a ten oczywiście padł na murawę, niczym rażony piorunem. Efekt? Widzewiak ujrzał żółtą kartkę, już ósmą w sezonie i w następny meczu nie zagra. Trzeba było sporo uwagi poświęcić tej sytuacji, bo na boisku królowały tylko chaos i przypadek.

Pomocnik starał się rehabilitować. Był aktywny, ale gdy już decydował się na ładny techniczny strzał z dystansu (spadający liść), to piłka leciała minimalnie obok słupka. Podobnie, jak po uderzeniu Zeqiriego. Goście byli konkretniejsi. Trafili do bramki po kontrze, ale na szczęście dla łodzian sędzia, po analizie VAR, odgwizdał spalonego. Odetchnął Drągowski, który piłkę do obrony przepuścił między nogami. W sumie futbolu godnego uwagi nie było za wiele w ciągu pierwszych 45 minut.

Odważniej drugą połowę zaczęli goście, ale to składną, groźną akcję przeprowadził Widzew. Po faulu na Fornalczyku łodzianie mieli rzut wolny. Strzał Shehu nie był jednak tak trudny, żeby bramkarz Madejski sobie z nim nie poradził. Popisy pirotechniczne kibiców zadymiły boisko. Sędzia przerwał grę.

Po jej wznowieniu energiczniej atakowali gospodarze, ale niewiele z tego wynikało. Miał szansę pokazania się w dobrej sytuacji rezerwowy Alvarez, ale źle przyjął piłkę i wyszła futbolowa kicha. W odpowiedzi w doliczonym czasie Andreou sfaulował Bogacza. Było to tak ostre wejście, że Krakowian opuścił plac gry. A potem po ogromnym zamieszaniu w polu karnym Widzew miał szczęście, że nie stracił bramki. Poczynaniami obu drużyn rządził kompletny chaos, z którego nic sensownego nie wyniknęło. I to by było na tyle…

Mecz obejrzało 17384 kibiców. Zimno im niestraszne. 28 lutego o godz. 14.45 Widzew zagra z Pogonią w Szczecinie.

Widzew – Cracovia 0:0

Widzew: Drągowski – Krajewski (90+2, Isaac), Andreou, Wiśniewski, Cheng – Bukari, Shehu, Lerager, Fornalczyk (90+2 Pawłowski)- Kornvig, Zeqiri (85, Alvarez)

Ekstremalne wyzwanie. Zimno nie musi być straszne czyli zimowa noc spędzona przez sześcioro śmiałków w Spalskim Lesie

Fot. UMWŁ

Zimowy sport ekstremalny? Morsowanie. Tak mogłoby się wydawać, bo survival, który zaliczyła w spalskim lesie grupa sześcioro śmiałków w naszym regionie przebija zimowe kąpiele.

Agnieszka Lubiatowska z UMWŁ: Sześcioro śmiałków plus pies zdecydowało się na nietypowy eksperyment,  spanie w zimowej scenerii, Byli przygotowani na wszelkie niedogodności. Główną organizatorką wyprawy była Luiza, ratownik medyczny, która dba nie tylko o logistykę, ale też bezpieczeństwo całej grupy. Wśród uczestników byli także przedsiębiorca i menadżer. Grupa zadbała o wszystko: mają namioty, śpiwory, kociołki i butle z gazem. Gorąca woda wrzucona do śpiwora, ciepła herbata rano i wieczorem oraz ognisko – to ich podstawowe triki na przetrwanie w niskich temperaturach.

W Lesie Spalskim grupa nocowała w hamakach podwieszonych na drzewach, a nie tylko klasycznie w namiotach. Każdy hamak przykrycie, które chroni przed wiatrem i opadami, a jednocześnie dawał poczucie komfortu i przestrzeni.

A teraz garść wrażeń: – Najbardziej pomaga dobre towarzystwo i świadomość, że możemy na siebie liczyć – podkreślali uczestnicy. Biwakowanie solo byłoby zdecydowanie trudniejsze. To integrowało: wspólne budowanie paleniska, dbanie o ciepło i wzajemnie się pilnują, by każdy był bezpieczny.

Mary mówi, że zawsze bierze ze sobą więcej rzeczy, takich jak wełniany koc, ciepłe skarpety, a jeśli nocuje w hamaku – także specjalną podpinkę. W razie nagłego zimna przydają się również grzałki chemiczne. – Najważniejsze- to dobry materac i izolacja od gruntu lub podpinka w hamaku.

Czarek zwraca uwagę, że sprzęt musi być dobrze dobrany do warunków, a przed snem warto zjeść coś tłustego i ciepłego. – Puchowy śpiwór najlepiej rozłożyć w ostatniej chwili, żeby nie nasiąknął wilgocią – stwierdza.

Nie zawsze jest lekko. Luiza wspomina, że kiedyś w nocy napadało 30 cm śniegu i trudno było wrócić do obozu. Bartek dodaje, że najtrudniejsze jest wejście do hamaka z dwoma śpiworami i ułożenie się w „kokonie”, a także rozstawienie namiotu czy hamaka, gdy ręce stają się zdradliwie zimne.

Wszelkie przeszkody okazały się niestraszne, Grupa śmiałków spędziła zimową noc w lesie w dobrej kondycji i znakomitych humorach. Wszyscy zgodnie przyznali, że noc była zdecydowanie za krótka, bo ta spędzona w lesie daje coś wyjątkowego, pozwala złapać oddech, poczuć inne powietrze i buduje prawdziwą wspólnotę.

ŁKS. Obym się mylił, ale…Wygląda na to, że latem wszystko trzeba będzie znów zaczynać od nowa!

Kacper Terlecki strzelił pierwszą ligową bramkę dla ŁKS Fot. Artur Kraszewski

Tym razem działacze zrobili dużo, żeby się udało. Zachęcali kibiców do przyjścia na stadion, a ci… mogli skorzystać z oferty cateringowej, w
której znalazły się nowości, tak zresztą jak w oficjalnym sklepie U2 ŁKS Store, gdzie na kibiców czekał m.in. pakiet „Nowy ełkaesiak”. Klub
aktywował akcje „Łatwy start” (wstęp za 1 zł dla nowych kibiców) i „ŁKSRazem” (host, który ma pomóc odnaleźć się na stadionie Króla tym, którzy np. pojawili się po raz pierwszy). Specjalnie dla najmłodszych w sektorze rodzinnym pojawił się piłkarz ŁKS Antoni Młynarczyk, zadebiutował też projekt „Młoda Galera”, czyli specjalna strefa animacji, w której dzieci dopingowały ŁKS.

I co? Cała para poszła w gwizdek. Tylko 4363 fanów, którzy zjawili się na stadionie im. Władysława Króla, opuszczało go zawiedzionych, rozczarowanych, wnerwionych do granic, tym co niestety pokazali piłkarze. A ci, miast iść po kolejne zwycięstwo, które przybliżyłoby ich do czołówki, dali ciała, pokazali 90 minut niemocy i przegrali z Chrobrym 1:3.

Pozostaje kadrową zagadką dlaczego trener Grzegorz Szoka, zamiast iść za ciosem, zaryzykować i dać szansę od pierwszej minuty tym, którzy uratowali mu i sobie skórę w Bytomiu, prowadząc ŁKS do zwycięstwa, zachował się… zachowawczo. Posłał w bój tę samą jedenastkę i ta szybko odwdzięczyła mu się prawdziwym futbolowym klopsem, dając sobie zbyt łatwo strzelić gola jednego, a potem drugiego.

Trudno to wszystko zrozumieć. Było jasne i oczywiste, jak będzie grał Chrobry. Na kim będzie budował swój szybki kontratak. A jednak okazało się, że to za wysokie progi na łódzkie nogi i… głowę. Psychiczna aberracja, brak umiejętności, taktyczny chaos lub zapatrzenie się na piłkarskich przedszkolaków – niech każdy wybiera sobie co chce, żeby wytłumaczyć tę boiskową zapaść.

Znów największy, jesienny mankament drużyny okazał się jej największą wiosenną słabością. Co? Kompletny brak radzenia sobie z szybkim kontratakiem rywali. Wydawało mi się po pierwszym meczu, że brak Michała Mokrzyckiego, stabilizującego grę i umiejącego ją poukładać, nie będzie widoczny. A jest! Inna sprawa, że dużo trudniej się gra, gdy najlepszy piłkarz jesieni – Jasper Loffelsend, prezentuje mizerniutką formę.

W każdym razie w przegranym meczu w Łodzi w całej jaskrawości wyszedł brak w drugiej linii gracza, który zapanowałby nad boiskowym chaosem. Efekt? Widoczny, jak na dłoni: dotkliwa porażka! Znów spychająca ŁKS w dolne granice ligowych stanów średnich, gdzie nie gra się o nic i gdzie znów za karę trzeba tę ligę odbębnić, tak żeby nie spaść i o niej całkowicie zapomnieć na czas letniej przerwy.

Taka sytuacja nie rozwinie drużyny, nie doda jej wartości, nie uczyni lepszą. Największe nawet starania sztabu szkoleniowego nic nie dadzą. Tylko gra o coś czyli mówiąc wprost: o awans!, może podnieść jakość zespołu, pozwolić wejść mu na wyższy poziom. Inaczej latem trzeba będzie wszystko zaczynać od nowa. Na innych, dużo gorszych finansowych zasadach, bo sfrustrowanemu Dariuszowi Melonowi coraz trudniej zrozumieć dlaczego ma dopłacać wielką forsę do bylejakości…

Na dodatek spora grupa piłkarzy jest na liście transferowej: Piotr Głowacki, Łukasz Wiech, Andreus Arasa, Bastien Toma, Koki Hinokio, Mateusz Wysokiński, Mateusz Wzięch, Gustaf Norlin czy Aleksander Bobek. Zmiany latem mogą być fundamentalne!

23 lutego o godz. 18. Wtedy ŁKS zagra w Mielcu ze Stalą, która zremisowała w Łęcznej z Górnikiem 1:1 i nadal jest w strefie spadkowej. Wierzę, że w drużynie ŁKS widzą to, że od strefy barażowej dzieli zespół tylko 5 punktów i seria dwóch, trzech zwycięstw pod rząd… Ech, pomarzyć dobra rzecz, wszak nadzieja umiera ostatnia.

Widzew kontra Cracovia. Trzeba w składzie łodzian utrwalać to, co dobre. Ale jedna zmiana zajdzie na pewno – z konieczności. Ja zrobiłbym jeszcze jedną

Fot. Martyna Kowalska

20 lutego o godz. 20.30 czeka Widzew u siebie zagra mecz z Cracovią, która bezbramkowo zremisowała z Jagiellonią.Trzeba zauważyć, że cztery z ośmiu ligowych zwycięstw drużyna z Krakowa odniosła na wyjeździe i ma ambicje walczyć o wysokie miejsce w ekstraklasie, pozwalające grać w europejskich pucharach.

Co w Widzewie? Zwycięskiego składu się nie zmienia? No, niestety coś trzeba będzie zmienić, przynajmniej z… konieczności. Z kartkowych powodów Widzew będzie musiał sobie radzić bez Sebastiana Bergiera – swojego najlepszego snajpera (11 zdobytych goli). Czy w buty Bergiera będzie potrafił wejść asystent przy drugiej bramce w Płocku – Andi Zeqiri, czas pokaże.

Ja mam jeszcze jedną sporą kadrową wątpliwość. Czy od pierwszej minuty powinien wystąpić najdroższy piłkarz ekstraklasy – Osman Bukari, który w meczu z Wisłą (2:0) zagrał, no mówiąc łagodnie, słabo? Momentami przypominał mi swoją postawą występy najgorszego transferowego widzewskiego niewypału ostatnich lat – Hilarego Gonga. Oby tylko nie poszedł w jego ślady.

Ja, gdybym decydował o wyjściowej jedenastce, jeszcze raz dałbym szansę kapitanowi – Bartłomiejowi Pawłowskiemu. Jasne pojedynek z Jagą mu nie wyszedł, ale nie raz i nie dwa pokazał, że ma spore umiejętności, ciągle warte wykorzystania, większego niż… grzanie ławy lub granie ligowych ogonów.

Moja jedenasta Widzewa na mecz z Cracovią: Drągowski – Krajewski, Andreou, Wiśniewski, Cheng – Pawłowski, Shehu, Lerager, Fornalczyk – Kornvig, Zeqiri. Z drugiej strony – nieważne, kto zacznie spotkanie, ważne żeby skończyło się one drugą z rzędu wygraną łodzian!

« Older posts Newer posts »

© 2026 Ryżową Szczotką

Theme by Anders NorenUp ↑