
Kacper Terlecki strzelił pierwszą ligową bramkę dla ŁKS Fot. Artur Kraszewski
Tym razem działacze zrobili dużo, żeby się udało. Zachęcali kibiców do przyjścia na stadion, a ci… mogli skorzystać z oferty cateringowej, w
której znalazły się nowości, tak zresztą jak w oficjalnym sklepie U2 ŁKS Store, gdzie na kibiców czekał m.in. pakiet „Nowy ełkaesiak”. Klub
aktywował akcje „Łatwy start” (wstęp za 1 zł dla nowych kibiców) i „ŁKSRazem” (host, który ma pomóc odnaleźć się na stadionie Króla tym, którzy np. pojawili się po raz pierwszy). Specjalnie dla najmłodszych w sektorze rodzinnym pojawił się piłkarz ŁKS Antoni Młynarczyk, zadebiutował też projekt „Młoda Galera”, czyli specjalna strefa animacji, w której dzieci dopingowały ŁKS.
I co? Cała para poszła w gwizdek. Tylko 4363 fanów, którzy zjawili się na stadionie im. Władysława Króla, opuszczało go zawiedzionych, rozczarowanych, wnerwionych do granic, tym co niestety pokazali piłkarze. A ci, miast iść po kolejne zwycięstwo, które przybliżyłoby ich do czołówki, dali ciała, pokazali 90 minut niemocy i przegrali z Chrobrym 1:3.
Pozostaje kadrową zagadką dlaczego trener Grzegorz Szoka, zamiast iść za ciosem, zaryzykować i dać szansę od pierwszej minuty tym, którzy uratowali mu i sobie skórę w Bytomiu, prowadząc ŁKS do zwycięstwa, zachował się… zachowawczo. Posłał w bój tę samą jedenastkę i ta szybko odwdzięczyła mu się prawdziwym futbolowym klopsem, dając sobie zbyt łatwo strzelić gola jednego, a potem drugiego.
Trudno to wszystko zrozumieć. Było jasne i oczywiste, jak będzie grał Chrobry. Na kim będzie budował swój szybki kontratak. A jednak okazało się, że to za wysokie progi na łódzkie nogi i… głowę. Psychiczna aberracja, brak umiejętności, taktyczny chaos lub zapatrzenie się na piłkarskich przedszkolaków – niech każdy wybiera sobie co chce, żeby wytłumaczyć tę boiskową zapaść.
Znów największy, jesienny mankament drużyny okazał się jej największą wiosenną słabością. Co? Kompletny brak radzenia sobie z szybkim kontratakiem rywali. Wydawało mi się po pierwszym meczu, że brak Michała Mokrzyckiego, stabilizującego grę i umiejącego ją poukładać, nie będzie widoczny. A jest! Inna sprawa, że dużo trudniej się gra, gdy najlepszy piłkarz jesieni – Jasper Loffelsend, prezentuje mizerniutką formę.
W każdym razie w przegranym meczu w Łodzi w całej jaskrawości wyszedł brak w drugiej linii gracza, który zapanowałby nad boiskowym chaosem. Efekt? Widoczny, jak na dłoni: dotkliwa porażka! Znów spychająca ŁKS w dolne granice ligowych stanów średnich, gdzie nie gra się o nic i gdzie znów za karę trzeba tę ligę odbębnić, tak żeby nie spaść i o niej całkowicie zapomnieć na czas letniej przerwy.
Taka sytuacja nie rozwinie drużyny, nie doda jej wartości, nie uczyni lepszą. Największe nawet starania sztabu szkoleniowego nic nie dadzą. Tylko gra o coś czyli mówiąc wprost: o awans!, może podnieść jakość zespołu, pozwolić wejść mu na wyższy poziom. Inaczej latem trzeba będzie wszystko zaczynać od nowa. Na innych, dużo gorszych finansowych zasadach, bo sfrustrowanemu Dariuszowi Melonowi coraz trudniej zrozumieć dlaczego ma dopłacać wielką forsę do bylejakości…
Na dodatek spora grupa piłkarzy jest na liście transferowej: Piotr Głowacki, Łukasz Wiech, Andreus Arasa, Bastien Toma, Koki Hinokio, Mateusz Wysokiński, Mateusz Wzięch, Gustaf Norlin czy Aleksander Bobek. Zmiany latem mogą być fundamentalne!
23 lutego o godz. 18. Wtedy ŁKS zagra w Mielcu ze Stalą, która zremisowała w Łęcznej z Górnikiem 1:1 i nadal jest w strefie spadkowej. Wierzę, że w drużynie ŁKS widzą to, że od strefy barażowej dzieli zespół tylko 5 punktów i seria dwóch, trzech zwycięstw pod rząd… Ech, pomarzyć dobra rzecz, wszak nadzieja umiera ostatnia.













