Nie myślałem, że to się tak skończy. Jako wielki fan, jeden z wielu, bardzo wielu Na południe od Brazos, czekałem z niecierpliwością na dopełniający ogromną powieściową, westernową sagę Księżyc Komanczów. I co? Niestety, rozczarowanie. Nie tak to miało być. Im dalej w las, a stron do przeczytania jest moc, tym gorzej.

Westernowa opowieść zamienia się w przegadaną telenowelę, gdzie mieli się z pustego w próżne, chcąc powiedzieć wszystko, co się wie i nie mogąc rozstać się z bohaterami, których pokochała nie tylko cała Ameryka. Wielka westernowa przygoda zamienia się w literacką nudę, niestety.

Larry McMurtry chciał literackim antywesternem zburzyć pokutujący w narodzie heroiczny mit Dzikiego Zachodu Tymczasem wyszła na opak. Pisarz tylko ten mit utrwalił, a spragnieni dalszego ciągu rosnący w siłę czytelnicy, chcieli więcej i więcej…

Pisarz zatem pisał, pisał, aż niemal zapisał się na śmierć. I ten efekt literackiego nadmiaru widać jak na dłoni w domykającym westernową sagę tomie. Uzupełnia on wydarzenia, które miały miejsce między Szlakiem Umrzyka, a Na południe od Brazos. I prowadzi nas śladem dobrze znanych bohaterów – Augustusa McCrae i Woodrowa Calla oraz wielu, bardzo wielu innych postaci. I dobrze, że po tym uzupełnieniu cyklu, kolejnych takich prób już nie będzie!

Tak na marginesie. Na literackim antywesternie skorzystał film. To było odkrycie i odrodzenie, wydawało się, wymierającego gatunku, czego dowodem choćby Bez przebaczenia Clinta Eastwooda – obraz wyceniony na cztery Oscary i milionową widownię na całym świecie.

Larry McMurtry, Księżyc Komanczów,Wydawnictwo Vesper, przekład Marek Król