
Pierwszy ligowcy sukces piłkarzy ŁKS od… 15 sierpnia. Łodzianie pokonali GKS Tychy i mają na koncie cztery zwycięstwa. Wszystkie odniesione na własnym boisku. Rywal łodzian – GKS – przegrał siódmy mecz z rzędu!
Inaczej ustawiony ŁKS (z trzema obrońcami) rozpoczął z impetem. Chciał błyskawicznie rehabilitować się za ostatnie wpadki. Po raz ostatni wygrał 15 sierpnia, a w międzyczasie w sześciu ligowych meczach, co brzmi wręcz nieprawdopodobnie, zdobyli tylko trzy punkty. Goście schowali się na własnym przedpolu, a pierwszą w miarą składną akcję przeprowadzili w okolicy szóstej minuty.
Niestety, szybko łodzianie pokazali szczyt futbolowej nieporadności. W sytuacji trzech na jednego nie potrafili zdobyć gola. Dobrze, że sędzia odgwizdał spalonego, bo byłby wstyd na całą Polskę. Potem trwało tak denerwujące i nic niedające łódzkie lelum polelum. Nawet przy próbie składnego ataku, coś szwankowało – podanie, strzał. Goście byli konkretniejsi. W 25 min Bobek znakomicie interweniował po strzale w róg Błachewicza.
Wydawało się. że to będzie ot, nudnawy mecz I-ligowych przeciętniaków, żeby nie powiedzieć słabeuszy. Nic z tego. Rozgrzał wszystkich Toma, który niepilnowany w polu karnym, kapitalnym strzałem z woleja w okolice okienka bramki tyszan otworzył wynik spotkania.
W natychmiastowej odpowiedzi gości nie po raz pierwszy zresztą ratował skórę znakomitą paradą Bobek. W doliczonym czasie pierwszej połowy po znakomitej centrze Tomy niepilnowany Piasecki z pięciu metrów głową posłał piłkę obok słupka. Niebywałe.
W drugiej połowie przez długie minuty ŁKS dominował na boisku. Niestety, efektów bramkowych z tego nie było. A wiadomo, czym są w futbolu wrażenia artystyczne. Niczym! W odpowiedzi, gdyby nie Bobek, byłby remis.
Tyszanie powoli, powoli po wejściu byłego reprezentanta Polski – Kądziora na boisko, odnajdywali swój rytm gry. I stało się. Po rzucie rożnym niepotrzebnie i niedobrze próbował interweniować Bobek i stało się. Goście doprowadzili do wyrównania.
Ale co zrobili dosłownie za chwilę goście? To po prostu czarna rozpacz. Po centrze Tomy wzdłuż linii, nie mający wokół żadnego przeciwnika, Keiblinger pewnym strzałem posłał piłkę do własnej bramki!
Łodzianie poszli za ciosem. Akcję rozprowadził Toma, strzelał Lewandowski, bramkarz odbił piłkę przed siebie. W tej sytuacji w najłatwiejszej z możliwych sytuacji niepilnowany Loffelsend strzelił do pustej bramki. Jeden z najłatwiejszych goli w karierze Niemca. Miano piłkarza meczu i mocnego kandydata do jedenastki kolejki, należy się pomocnikowi Tomie – autora gola i bramkowej asysty, prawdziwego lidera zespołu.
Jednym z 7048 kibiców obecnych na trybunach był Marcin Gortat. Gol Tomy na pewno mu się podobał. Po dwutygodniowej przerwie na reprezentację ŁKS pojedzie do Rzeszowa na mecz z rewelacyjną Stalą, która ostatnio pokonała Polonię w Warszawie 3:2, Grając wieloma młodzieżowcami ma już 20 zdobytych punktów! Spotkanie w Rzeszowie 18 października o godz. 19.30.
ŁKS – GKS Tychy 3:1 (1:0)
1:0 – Toma (41), 1:1 – Tecław (64), 2:1 – Keiblinger (67, samobójcza), 3:1 – Loffelsend (71)
ŁKS: Bobek – Rudol, Craciun, Fałowski, Norlin, Loffelsend Mokrzycki, Wysokiński (85, Kupczak), Ernst, Toma (85, Krykun), Piasecki (57, Lewandowski)










