Rezerwowy Pafka

Tag: piłka nożna (Page 1 of 64)

Trzeba i to natychmiast postawić Widzew do sportowego pionu. Czy trener Mateusz Stolarski potrafi to zrobić?

Fot. Martyna Kowalska, widzew.com

Widzew dziś to taka trzęsąca się futbolowa galareta, drżąca, żeby nie przegrać meczu po golu w doliczonym czasie gry. Wygląda na to, że czas reprezentacyjnej przerwy został w Łodzi bezpowrotnie stracony. A tak przebąkiwałem, że po olaniu przez Łódzkie gwiazdki i gwiazdeczki sparingu z Łęczną, trzeba walnąć pięścią w stół, a nie zamiatać sprawy pod dywan.

Dlaczego? Bo taka sytuacja nie buduje pozytywnej atmosfery w zespole. Niestety, trener Mateusz Stolarski porozmawiał sobie z panami piłkarzami i uznał, że nie ma sprawy. Jak widać jest, bo oni, choć ściągnięci za miliony i zarabiający miliony, spisują się, mówiąc prosto z mostu: beznadziejnie.

Oczywiście, sytuacja jest trudna, bo kontuzje dziesiątkują ligową kadrę, ale ci co są, teoretycznie powinni dawać drużynie jakość. A jej po prostu nie dają. Na dodatek, gdy przestaje grać Mariusz Fornalczyk, to przestaje też istnieć ofensywa Łódzkiej drużyny. Inny znak słabości, to ten, że beznadziejnie zaczyna się spisywać Fran Alvarez…

Na zmianie trenera na razie Widzew wychodzi, jak Zabłocki na mydle. To było widać, jak na dłoni, że drużyna potrzebuje autorytetu i taki dawał Aleksandar Vuković. Widzew trzymał pion, choć nie było mu łatwo i częściej rozczarowywał niż cieszył. No, to teraz zawodzi całkowicie!

Czy młody, zdolny, ale niedoświadczony trener Mateusz Stolarski potrafi sobie poradzić z tym sportowym i mentalnym kryzysem?! Nie wiem. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że Widzew ciągle jest największą ekstraklasową niewiadomą. Niby ma potencjał, ale nie wykorzystuje go nawet w pięćdziesięciu procentach. Być mistrzem ligowych remisów (Widzew ma ich na koncie siedem!) to nie jest powód do ligowej chwały i za chwilę zepchnie drużynę w strefę spadkową!

23 października też o godz. 20.30, też w Łodzi, spotkanie z Górnikiem Zabrze. Rywale mają na koncie pięć wyjazdowych zwycięstw plus remis w sześciu rozegranych spotkaniach. To imponujący bilans, choć ostatni mecz niespecjalnie się im udał. Zremisowali z Piastem 1:1. Mieli sytuacje bramkowe, zabrakło im jednak… chłodnej głowy w dogodnych sytuacjach strzeleckich. Oby podobnie było w Łodzi.

Łatwo nie było, ale ŁKS wreszcie wygrał po złotym golu Podlińskiego w doliczonym czasie gry

Trener Szoka po dwóch porażkach z rzędu zamieszał składem ŁKS. I udało się. W doliczonym czasie gry po rzucie rożnym, jak napastnik z prawdziwego zdarzenia, zachował się Podliński i ŁKS pokonał Podbeskidzie. Przypomnijmy, że po raz ostatni Ełkaesiacy zdobyli gola 11 września (Karasiński), po raz ostatni w Łodzi 23 sierpnia (Arasa).

W 2 min ŁKS powinien prowadzić 1:0. Po pressingu rywale stracili piłkę (przejął ją Hinokio), a stuprocentowej sytuacji nie wykorzystał, strzelając z woleja, Szczygieł. Może powinien zostawić piłkę Japończykowi?! Wielka szkoda.

Rywale bronili się przed pressingiem, ale gdy już zaatakowali raz i drugi, to groźnie. Dobrze, że bez bramkowych skutków. Warta odnotowania znakomita interwencja Farbiszewskiego. Drugą okazję zmarnował Arasa, który po sprytnej centrze Wysokińskiego główkował obok słupka.

Mało było składnych ataków, bo mało był kreatywnego grania środka drugiej linii. Chciał brać sprawę w swoje ręce Arasa, ale momentami z marnym skutkiem. 45 minut bez celnego strzału – to mówi wszystko.

Drugą połowę mógł dobrze rozpocząć ŁKS, ale strzał Hinokio z dziewięciu metrów był tak anemiczny, że został łatwo zablokowany. W 53 min hurra, pierwszy, choć słaby, celny strzał, Arasy (głową). Składną, pomysłową akcję przeprowadzili goście, ale strzał Urynowicza z końca pola karnego… pożal się Boże.

ŁKS atakował, napór trwał. Po składnej akcji Arasa drugi raz celnie strzelił, ale słabo, słabiusieńko. Hiszpan brał dużo na swoje barki, próbował indywidualnych akcji, ale bez efektów. Hinokio strzelał z końca pola karnego, oczywiście niecelnie, tak, jakby to robił pierwszy raz w życiu.

ŁKS jednak walczył do końca. I został nagrodzony w doliczonym czasie bramką i trzema punktami. Podliński, jak na napastnika przystało, w dogodnej sytuacji, po rzucie rożnym, strzelił pewnie w róg. To jego trzeci ligowy gol dla ŁKS. To bramka na nowe ligowe otwarcie?!

26 października o godz. 18 Warta Poznań podejmie ŁKS.

ŁKS – Podbeskidzie Bielsko Biała 1:0 (0:0)

1:0 – Podliński (90+2)

ŁKS: Węglarz – Keiblinger (81, Strzałek), Rudol, Craciun, Farbiszewski, Szczygieł (70, Podliński), Kaput (81 Terlecki), Wysokiński (70, Nowakowski), Hinokio, Karasiński (57, Sokół), Arasa

Widzew znów nie wygrał meczu na własnym boisku. Zremisował, a mogło być jeszcze gorzej. Na szczęście Rodado nie wykorzystał jedenastki!

No, jesteśmy wyjątkowi. Można nas wytykać palcem. Nie ma w ekstraklasie drugiej takiej drużyny. Widzew znów nie wygrał meczu na własnym stadionie. Na sześć spotkań cztery zremisował, dwa przegrał. Na dodatek miał furę szczęścia, że znów nie zszedł z własnego boiska pokonany. Rodado z rzutu karnego trafił w poprzeczkę!

Mogło zacząć się fantastycznie. W 2 minucie Łubik zagrał wprost pod nogi stojącego na 16 metrze Alvareza. Ten jednak nie zdołał przelobować golkipera. Takich szans nie powinno się marnować! Trzeba jednak zachować więcej zimnej krwi lub mieć chłodną głowę. Widać w rozedrganym ostatnimi niepomyślnymi ligowymi wydarzenia Widzewie o to trudno.

W drugiej składnej akcji Łodzian strzał Biuka zablokowali rywale, którzy poczynali sobie coraz śmielej, korzystając ze złych, niedokładnych zagrań gospodarzy. Bliższy gola byli jednak Widzewiacy, a dokładnie Alvarez. Po jego strzale z półwoleja i interwencji Łubika, piłka odbiła się od poprzeczki. A potem blok, pudło lub odwrotnie.

Po przerwie na… fajerwerki i zadymienie stadionu inicjatywę przejęli goście, którzy ewidentnie przyspieszyli swoją grę. Pokazał się Rodado. Najpierw Drągowski był na posterunku, a potem Hiszpan fatalnie spudłował. Faulował w doliczonym czasie pierwszej połowy Dudę Papanikolau i co zrobił sędzia Szczerbowicz z Olsztyna? Nie zdecydował się pokazać Widzewiakowi drugiej żółtej kartki. Uff, odetchnęliśmy z ulgą.

Po przerwie Łodzianie niby atakowali, ale nie potrafili inteligentnym podaniem, a na koniec groźnym strzałem, zamknąć akcji. Krakowianie grali coraz śmielej. W Wiśle swojej szansy szukał Rodado. Tymczasem po strzale Krzyżanowskiego piłka uderzyła w rękę Visusa i arbiter podyktował jedenastkę dla Krakowian. Nie wykorzystał jej Rodado, który trafił w poprzeczkę!

Nie zraziło to Wiślaków, którzy atakowali niebezpiecznie. A gdy spróbował coś zrobić Widzew, to okrutnie pomylił się Świderski, nagrodzony gwizdami. Potem jeszcze dziecinne błędy w defensywie. I wielka szansa na gola – niewykorzystana. Pod poprzeczkę uderzył z rzutu wolnego Gazibegović, ale Łubik odbił piłkę na rzut rożny. W sumie jednak dobrze, że to wszystko nie skończyło się porażką.

Mecz oglądało 17 492 widzów.

23 października też o godz. 20.30, też w Łodzi, spotkanie z Górnikiem Zabrze!

Widzew – Wisła Kraków 0:0

Widzew: Drągowski – Gazibegović, Wiśniewski, Visus, Kapuadi – Papanikolaou (46, Selahi) – Biuk, Alvarez (46. Shehu), Silva (67, Kornvig), Fornalczyk (67, Males) – Świderski (77, Vermesan)

Oto jest piłkarska zagadka: czy ŁKS może grać tak, jak sensacyjny lider I ligi?

Fot. Artur Kraszewski

Dobrze nie jest. ŁKS zakończył wyjazdową gehennę porażką z ligową rewelacją – Pogonią Grodzisk Mazowiecki 0:2. I zaczął nowe poreprezentacyjne otwarcie z Ruchem Chorzów w Łodzi też 0:2. Tu przegrał po przespaniu pierwszej połowy i praktycznie dwóch samobójach. Trener Grzegorz Szoka: – W meczach o dużą stawkę dzieje się z nami coś złego. Gramy poniżej swoich możliwości.

18 października o godz. 14.30 ŁKS podejmie Podbeskidzie Bielsko Biała. Łodzianie mają 15 punktów, rywale o cztery mniej. wygrali jeden mecz, przy czterech zwycięstwach Łodzian. Niby kto jest faworytem, każdy widzi, ale to liga wyrównana i pełna niespodzianek. Nikt za darmo punktów nie da. A forma Łodzian jest taka, że… kot napłakał.

– Nie ma Arasy, nie ma ŁKS. To może martwić nie tylko kibiców, ale też sztab szkoleniowy. Wszystko w ofensywie zależy od tego jednego zawodnika- powiedział Łukasz Gikiewicz. Jest w tym twierdzeniu sporo racji, ale też wiele przesady. W piłkę nożną nigdzie nie gra jeden zawodnik tylko drużyna. I ŁKS znów musi być drużyną, która ma dużo, dużo więcej kadrowych atutów.

A co tam. Wejdę panom piłkarzom na ambicję. ŁKS ściągnął graczy, którzy mają coś do udowodnienia. Właściwie nie coś, a to, że są jeszcze na boisku sporo warci i ich kariera w Łodzi to nie dalszy ostry sportowy zjazd w dół. Niech pokażą, że umieją grać na miarą marzeń Łódzkich kibiców, którzy domagają się ekstraklasy!

Skoro w meczu z Ruchem, jak słusznie zauważa trener Grzegorz Szoka, mało drużynie ŁKS wychodziło, to może teraz będzie inaczej? Dlaczego Łodzianie nie mają zacząć grać, jak niespodziewany lider – Pogoń Grodzisk Mazowiecki, który wygrał najwięcej, bo sześć spotkań i przegrał najmniej, bo jedno!

Jaki jest dziś Widzew? Po prostu słaby i już. A dlaczego? Sam chciałbym wiedzieć!

I tylko kibiców żal… Fot. Martyna Kowalska, widzew.com

Gdy czytam takie zapewnienia, że wiosną Widzew idzie po kolejnych piłkarzy, to dreszcz grozy przebiega mi po plecach. Ta futbolowa farsa czy opera mydlana ma nie mieć końca?! Stary chłop jestem, w futbolu widziałem nieomal wszystko, a jednak trudno mi zrozumieć to, co się dzieje dziś. Czy to wielkie pieniądze odbierają zdroworozsądkowe myślenie, zabijają ambicje i motywacje?

Uprawiałem sport na półamatorskim poziomie, ale trening był dla mnie przyjemnością, a kolejny mecz wyzwaniem i przygodą. To uprawianie sportu potem nieoczekiwanie przydało się w życiu, ale to już inna historia.

Wracając do motywacji. Gdybym ja był piłkarzem Widzewa, to walczyłbym za dwóch. Wszak niczego mi nie brakuje: pieniędzy zapewniających godną sportową starość, dopingu pełnych trybun i adrenaliny związanych z kolejnymi futbolowymi wyzwaniami. A tymczasem wychodzi tak: bez serc, bez ducha… Słabo, słabiusieńko. Nijakie ligowe mecze, które przegrywa się, o zgrozo, w doliczonym czasie gry.

Bartłomiej Drągowski ma dwieście procent racji, gdy mówi: – Znowu wyglądało to tragicznie. Nie chcę zabrzmieć dziwnie, ale odkąd tu jestem, mówimy o przełamaniu. Rozmawiamy tak od stycznia, że musimy się obudzić. Jestem zdenerwowany, nie chcę przeklinać, bo nie jestem w stanie znaleźć rozwiązania.

Ja też jestem w kropce, w zaklętym kręgu niemocy. Też po prostu nie wiem, dlaczego tak jest i co zrobić, żeby tak nie było, Bo to co jest, to po prostu Łódzka, piłkarska kompromitacja i już.

A tymczasem przed Widzewem kolejne trudne, a przy tym prestiżowe wyzwania. Pojedynek w Łodzi z Wisłą Kraków już 16 października o godz. 20.30. A 23 października też o godz. 20.30, też w Łodzi, spotkanie z Górnikiem Zabrze!

Co wywołuje największy ból i zgrzytanie zębów w ekstraklasie? Postawa Widzewa? Nie, kompromitujące decyzje polskich arbitrów!

Sędzia Jarosław Przybył się nie popisał. Fot. Marcin Bryja, widzew.com

Ekstraklasę naszą widzę ogromną (czy na pewno?), a ludziom w niej żyje się coraz dostatniej (to pewne!). Są jednak takie jej obszary, które wywołują ból i zgrzytanie zębów. Czy to postawa przepłaconego ponad miarę, a nijakiego i wyjątkowo słabego sportowo Widzewa? Nie, wcale nie. To Polscy piłkarscy sędziowie fundują nam co tydzień wyjątkowy kabaret. Z którego nie wiadomo – śmiać się czy płakać?!

To, co się stało w ostatniej, 10 kolejce, no to po prostu był szczyt szczytów. Dziewięć ligowych spotkań, a sędziowskich gaf i ewidentnych błędów, jak dobrze policzyć to nie kilka czy kilkanaście, ale… kilkadziesiąt! W każdym meczu, w każdej jego fazie. Wtedy gdy ocenia się go na na początkowym wydechu i luzie, jak i wtedy, gdy pracuje się w doliczonym czasie na wyjątkowym zmęczeniu.

Znów arbiter skrzywdził Widzew. Tym razem to Jarosław Przybył z Kluczborka, który nie podyktował ewidentnej jedenastki po faulu na Juljanie Shehu w meczu z Piastem w Gliwicach (1:2). A to co wyprawiał Damian Sylwestrzak z Wrocławia w mecz Legii z Wisłą (2:0), woła o pomstą do nieba. W najgorszej swojej decyzji pozwolił na uznanie gola (Łukasza Zjawińskiego) po źle wrzuconej piłce z… autu. Kuriozum i śmiech na całą Europę…

W dobie VAR miało być czytelniej i sprawiedliwiej. Pic na wodę, fotomontaż. Jest gorzej niż źle. Pod okiem bezwzględnych kamer arbitrzy tracą cały rezon, zapominają czego się nauczyli, podejmują za szybkie i głupie decyzje, które wypaczają ostatecznie wyniki. Trudno o inną sytuację, gdy po ostatniej aferze z trenerem Adrianem Siemieńcem, każdy kto się jej uważnie przyglądał, już wie, że sędziowskie środowisko to wyjątkowy kocioł czarownic.

A tak się śmialiśmy. Jacy to nieudaczni arbitrzy prowadzą mecze Włoskiej Serie A czy Hiszpańskiej La Ligi. Jakie proste i kuriozalne błędy popełniają, ile wypaczają spotkań. Nie to, co u nas, gdzie poziom wysoki, a boiskowa sprawiedliwość wiele znaczy, wręcz to punkt honoru. Cóż, prawda jest brutalna: szybko zostaliśmy sprowadzeni na ziemię. Co z tym sędziowskim zakalcem zrobić? Sam chciałbym wiedzieć.

Czy Łódź to futbolowe miasto przeklęte?!

Tym razem mogłem śledzić tylko internetowe relacje i na koniec ogarnął mnie wielki smutek. Znajomi to zauważyli: – Coś tak nagle przygasł. A mnie ogarnęło uczucie piłkarskiej beznadziei. Znów czarna Łódzka niedziela i porażka za porażką. Przegrał w doliczonym czasie gry Widzew 1:2 z Piastem, przegrał 0:2 ŁKS prestiżowy pojedynek z Ruchem, o zgrozo, na własnym boisku.

Czy nie można wybić się, jeżeli nie na wielkość, jak Górnik, Lech czy… Pogoń Grodzisk Mazowiecki, to przynajmniej na ligową przyzwoitość, choćby jak Gliwicki Piast? U nas w Łodzi niestety wygląda wszystko na to, że nastąpi powtórka z futbolowej rozrywki. Bez sensu i końca wzmacniany niepotrzebnymi piłkarzami Widzew znów będzie walczył rozpaczliwie o utrzymanie. A ŁKS znów zaliczy się do ligowych średniaków, dla których walka o awans, to za wysoki, nieprzekraczalny próg.

Małe to wszystko, cherlawe i smutne jak diabli. Nie widać jakoś wyjścia z tego ciemnego tunelu. Coraz bardziej przekonuje się do zdania, że Łódź to piłkarskie miasto przeklęte, że trzeba zapomnieć o wszystkich sportowych ambicjach i żyć tym, co przynosi życie, a przynosi kompletną futbolową mizerię.

Najlepsza wiadomość dla ŁKS. Lider drużyny – Andreu Arasa – powinien być w formie!

Fot. ŁKS Łódź

Wracamy do ligi. ŁKS czeka od razu hitowy, pełen wspomnień, pojedynek z Ruchem Chorzów w Łodzi – 11 października o godz. 14.30.

Łodzianie znów są u siebie. Mogą trenować tam, gdzie znają każdy kąt. Zagrają nie na obcym, a na własnym boisku. Miejmy nadzieję, że przy dopingu nie mniejszej liczby kibiców niż ta, która obserwowała finał kobiecego mundialu. A było ponad 8 tysięcy widzów! Miejmy nadzieję, że mocno zmodernizowana czyli wzmocniona murawa po mundialu nie będzie kartofliskiem i da się na niej grać.

Chce się wierzyć, że trener Grzegorz Szoka, po wpadce w meczu z Pogonią Grodzisk – słabym występie i porażce 0:2, zebrał zespół do kupy, zintegrował go. W spokoju zajął się dopracowaniem szczegółów i wyborem optymalnej jedenastki.

Czas działał na korzyść lidera drużyny – Andreu Arasy. Oby znów był w formie, błyszczał na boisku, wygrywał indywidualne pojedynki, strzelał ważne bramki, a wtedy powinno być dobrze.

Ostatni mecz to był ligowy niewypał, ale przecież były też spotkania, choćby to ze Stalą Mielec (4:0) czy z Puszczą Niepołomice (2:1), gdy Łodzianie pokazali, że mają potencjał i możliwości. Chce się wierzyć, że będą skutecznie walczyć o miejsce w czołówce.

Widzew. Liderzy drużyny w reprezentacji zagrali słabo lub jeszcze słabiej. Co będzie w lidze? Jest iskierka nadziei!

Fot. Wojciech Czarnociński, widzew.com

Widzew wraca do intensywnych ligowych rozgrywek. 11 października o godz.14.45 mecz z Piastem w Gliwicach, 16 października o godz. 20.30 z Wisłą Kraków w Łodzi, a 23 października też o godz. 20.30, też w Łodzi pojedynek z Górnikiem Zabrze.

Na razie Widzew jest w dolnych granicach stanów średnich i jeśli nie będzie wygrywać (a ma na koncie jedno, jedyne zwycięstwo) to nie ma co kryć: będzie cienko, jak w zeszłym sezonie.

Trudno o optymizm, gdy liderzy drużyny leczyli urazy, jak Bartłomiej Drągowski i Mariusz Fornalczyk, czy byli najsłabsi na boisku, gdy grali w reprezentacji Polski.

Tak niestety oceniono fatalny występ Przemysława Wiśniewskiego przeciwko Szwedom i bez znaczenia Karola Świderskiego przeciwko Rumunom i z niewykorzystaną setką w pojedynku z Bośnią i Hercegowiną. A słabiutki Marcel Krajewski w beznadziejnie grającej młodzieżówce? Jego też trudno ocenić pozytywnie.

Co pokażą w ekstraklasie? Aż strach się bać. A ich dobra postawa bardzo by się przydała Łódzkiej drużynie – dała grę na zero z tyłu oraz bramki i tak potrzebne zwycięstwa.

Jest iskierka nadziei. A jest nią rosnąca strzelecka dyspozycja Sebastiana Bergiera i jego uderzenie z dystansu w samo okienko bramki rywali w starciu ze Starem (6:0). Mecz był jubileuszowo – towarzyski, ale gol… stadiony świata!

Legenda ŁKS – Jacek Ziober nie żyje. To był piłkarz, który miał takie umiejętności, że potrafił zastąpić w Montpellier genialnego Erica Cantonę!

Zdjęcia: archiwum Jacka Bogusiaka

Jacek Ziober nie żyje. Przed szóstą rano przegrał walkę z nowotworem. Był wybitnym piłkarzem. Chciało się chodzić na mecze ŁKS, żeby zobaczyć go w akcji. Nie gwiazdorzył, tylko grał. I to jak! Nic dziwnego, że został Piłkarzem Roku w Polsce w plebiscycie tygodnika „Piłka Nożna”. W szczerej rozmowie przyznawał, że jego słaba strona to charakter i on go zawiódł na manowce czy na życiowy margines, niestety.

Strona sport.tvp.pl w story o Jacku przypomniała: latem 1990 roku prezes Montpellier przyleci po niego do Warszawy prywatnym odrzutowcem, zapłaci za jego transfer 1,82 mln dolarów i zabierze ze sobą, by Polak zastąpił Erica Cantonę. Nie wie, że dostanie willę z basenem niedaleko wybrzeża. Nie wie, że jak wejdzie tam do sklepu, ujrzy feerię barw i zapachów, to stanie jak wryty i nie będzie wiedzieć, za co złapać.

W Montpellier szybko stał się gwiazdą. Dzięki niemu prezes klubu szybko zapomniał o tym, że chwilę wcześniej stracił Erica Cantonę. Polak też potrafił wyczyniać z piłką cuda, choćby strzelić bramkę po rajdzie przez pół boiska w stylu Diego Maradony. Taką bramkę zdobył w meczu z Belgią.

Jacek żył jak w pięknej sportowej bajce, ale jak wielu niestety przed nim i wielu po nim, nie umiał sobie poradzić z życiem po wielkim graniu. Wielki żal, że odszedł, po prostu za wcześnie.

Na moją prośbę kustosz pamięci ŁKS – Jacek Bogusiak przysłał mi zdjęcia ze swojego archiwum, na których można zobaczyć Jacka Ziobera. Jacek Bogusiak napisał: warto pamiętać, że gdy Jacek Ziober grał we Francji nie zapominał o swoich korzeniach. Zapraszał do Montpellier Łódzką młodzież. Dla dzieciaków kupował sprzęt, koszulki. Opiekował się piłkarską drużyną chłopaków podczas Olimpiad Specjalnych.

« Older posts

© 2026 Ryżową Szczotką

Theme by Anders Noren — Up ↑