Historia dzieje się na naszych oczach. Historyczny sukces w rugby stał się faktem. Nigdy, żadna polska reprezentacja nie grała w finałach Pucharu Świata. Pierwsza dokonała tego reprezentacja Polski kobiet w rugby 7, która na początku września wystąpi w turnieju w Republice Południowej Afryki. Panie wygrały 43:0 (24:0) decyduący, ćwierćfinałowy mecz z Niemkami i awansowały do finałów Pucharu Świata Rugby 7, który zostanie rozegrany w Kapsztadzie/Cape Town (Południowa Afryka) w dniach 09-11 września.
Wcześniej nasze dziewczyny wygrały z: Portugalią 40:5, ze Szwecją 52:0, z Hiszpanią 31:15. Wielkie brawa!
Reprezentacja Polski kobiet wywalczyła tytuł mistrzyń Europy w rugby 7! To pierwsze, historyczne złoto dla naszego kraju. Podopieczne Janusza Urbanowicza, które przed tygodniem wygrały pierwszy turniej w Lizbonie, w Krakowie przypieczętowały swój sukces, awansując do finału tej imprezy. To wystarczyło, by zapewnić sobie trofeum na zakończenie cyklu. W półfinale nadspodziewanie łatwo poradziły sobie ze Szkotkami (14:0) i to wystarczyło do wielkiego triumfu.
Niestety, nie poszło naszym panom, wśród których był czołowy gracz Master Pharm Rugby Łódź – Przemysław Dobijański. Spadli do niższej dywizji.
Chciałoby się wierzyć, że wielki sukces pań to milowy krok w dobrym kierunku Polskiego Związku Rugby. Czy to jest możliwe? Czy najważniejsze rozgrywki rugby w Polsce czyli męska ekstraliga znów nie zamienią się w farsę, gdzie więcej będzie walkowerów niż we wszystkich pozostałych sportach zespołowych w Polsce, gdzie absurdalne, niesprawiedliwe transferowe zakazy lub ich brak (tam gdzie tego wymagały przepisy) budowały nieprawdziwą ligową tabelę, gdzie interpretować obowiązujące przepisy można na dwieście sposobów, jak komu wygodnie?
Polskiemu rugby potrzebny jest nie egzotyczny dyrektor sportowy, ale mądre i konsekwentne zarządzanie rozgrywkami. Kasę, którą związek wydał czy też wyda na pana dyrektora – Jose Gorrotxategę można by było przeznaczyć choćby na zakup i obdarowanie wszystkich drużyn młodzików w Polsce atrakcyjnymi wakacyjnymi strojami, promującymi dyscyplinę, w których młodzi rugbiści wzbudzaliby sensację na polskich plażach czy w górach i zaciekawiali przypadkowych wczasowiczów swoją dyscypliną.
Po heroicznym sezonie, w którym Master Pharm Rugby Łódź musieli zmagać się z absurdalnym zakazem transferowym wydanym przez Polski Związek Rugby, trzeba powiedzieć, że odnieśli wielki sukces: wytrwali, przetrwali, pokazali moc ducha, charakter, rozegrali wszystkie ligowe spotkania, zakończyli zmagania na szóstym miejscu, a Kamil Brzozowski został trzecim najskuteczniejszym zawodnikiem ekstraligi, zdobył 170 punktów.
Czy był to najtrudniejszy sezon w pana karierze?
Trener łodzian – Przemysław Szyburski: – Na pewno, wynik był drugorzędnym celem. celem było przetrwać, zagrać wszystkie mecze, nic niczego nikomu za darmo nie oddać. Jestem dumny z chłopaków, bo to czego dokonali, to po prostu jest wielki sportowy wyczyn, na miarę nie jednego a kilku złotych medali. Praktycznie zagrać bez ławki rezerwowych tyle spotkań, gdy się na to spojrzy z boku, to po prostu nie mieści się w głowie. Wytrzymać to przez rok czasu. Zawodnicy stanęli na wysokości zadania. To wyjątkowo ciężki sezon, a zarazem taki, który nam wszystkim, którzy przez to przeszli, utkwi na zawsze w pamięci. To jest coś wyjątkowego, niepowtarzalnego, ogromny wysiłek fizyczny i psychiczny, a my to wszystko pokonaliśmy z podniesioną głową. Czapki z głów przed moją drużyną. Chłopaki, jesteście wielcy!
Możecie mieć satysfakcję, że pokonaliście finalistów mistrzostw Polski: Ogniwo Sopot i Orkan Sochaczew.
– Wygraliśmy po jednym spotkaniu z tymi zespołami. Te, które przegraliśmy, nie oddaliśmy za darmo. Rywale musieli się sporo napracować, żeby nas pokonać. To były mecze na styku. To satysfakcja, że choć wielu nas skreśliło, ba, wieszczyło, że nie dokończymy sezonu, my pokazaliśmy wyjątkowe sportowe zacięcie. W życiu, także tym sportowym, czasem nie jest ważny wynik, ale jak się o niego walczy, ile daje z siebie, żeby czasami zdobyć niemożliwe.
Zasłużyliście na miano drużyny, która buduje pozytywny obraz polskiego rugby, bo wasze spotkania były wyjątkowo zacięte i widowiskowe.
– Wszyscy wiedzieli, że nie mamy zmian i w drugich połowach będzie nam wyjątkowo ciężko, a my do końca walczyliśmy z zębem o wypracowany wcześniej kapitał. Liderzy musieli pracować na boisku za dwóch. Nie zawsze medal jest zwieńczeniem sezonu, czasami po drodze jest coś więcej – emocje, duch walki, integracja, charakter. Gdy człowiek obserwuje tak reagujących swoich podopiecznych, to gotów jest góry przenosić. Tę fatalną sytuację przekuliśmy w coś pozytywnego i za to należą się nam słowa uznania. Tak jak zawodnicy jestem strasznie zmęczony minionym sezonem, bo jeszcze zajmowałem się propagowaniem rugby w szkołach. Co mogłem to robiłem dla naszego klubu i to samo trzeba powiedzieć o każdym zawodniku. Koniec sezonu to koniec zakazu transferowego. Nasz klub musi stanąć na nogi, bo byłoby wielkim sportowym grzechem zmarnowanie wypracowanego kapitału. Wierzę, że nasi szefowie to wszystko poskładają na nowo i będziemy w stanie wyjść na sportową prostą. Jest wypracowany ogromny kapitał, do niego trzeba zaliczyć też doping naszych wiernych kibiców, którzy byli z nami wszędzie na dobre i złe, zawsze wspierali nas swoim dopingiem. To jest nie do przecenienia. Stworzyliśmy w tym trudnym sezonie solidny fundament. Teraz jest czas, żeby na nim zbudować coś pięknego. Stworzyliśmy rugbową rodzinę. Tego nie wolno zgubić.
Bez bardzo ciężkich kontuzji dotrwaliście do końca zmagań.
– To fakt, co świadczy dobrze o przygotowaniu zawodników. Jest niestety jeden wyjątek. W rozgrywanym na śniegu meczu z Ogniwem odnosił się uraz kolana Mateuszowi Matyjakowi. Szkoda, szkoda… Poza tym nie było żadnego urazu, który wykluczałby zawodnika na dłuższy czas. Były mikrourazy, o których zawodnicy nie chcieli mi mówić. Wychodzili na boisko, walcząc z przeciwnikami i potężnym bólem, bo po prostu bardzo chcieli grać. Nie mam słów, to jest wielkie, to są prawdziwi herosi. Walczyliśmy z rywalami i własnymi słabościami i potrafiliśmy wyjść z tej batalii zwycięsko. Chcę przypomnieć, że przed sezonem mocno zastanawialiśmy się, czy wobec transferowego zakazu, jest sens przystępowania do rozgrywek. A jednak z podniesionym czołem stanęliśmy do walki o czym zadecydowali sami zawodnicy i pokazaliśmy, że trzeba się z nami liczyć, trzeba się nas bać, bo mamy to w charakterze, że nie odpuścimy na boisku nigdy i nikomu.
Co można powiedzieć o Polskim Związku Rugby.
– Zakaz to była błędna i niepotrzebna decyzja. Ona niczego nie zbudowała, a związek powinien budować lepsze podstawy funkcjonowania dyscypliny. Mam nadzieję, że działacze centrali potrafią wyciągnąć wnioski z tego co się stało i już nigdy nie dopuszczą do sytuacji, gdy na szali trzeba stawiać zdrowie i bezpieczeństwo zawodników. Związek ma pomagać w rozwoju rugby, wspierać kluby, a nie robić za największego hamulcowego. Budować, a nie dzielić. Rozgrywki pokazały, mimo zakazów, kolejnych walkowerów, że rugby może być atrakcyjnym sportowym produktem. Trzeba tylko umieć je wypromować. Trzeba to wszystko budować na pozytywnych emocjach, a tego w minionym sezonie nie było.
Zespół jest zintegrowany, trzeba go wzmocnić i można znów grać o medale.
-Zawodnicy widzą, że w tym zespole jest potencjał na zdobycie mistrzostwa Polski, ale klocki trzeba teraz dobrze poukładać. Fundament jest wylany, teraz trzeba stawiać solidne mury. Musimy być mocnym, silnym klubem, żeby żadna najgłupsza decyzja, nie była w stanie zachwiać jego podstawami.
W ekstralidze rugby ostatnia kolejka sezonu zasadniczego. Potem finały. Na dziś wiadomo, że pod koniec czerwca o tytuł mistrza Polski zagrać mają drużyny Ogniwa Sopot i Orkana Sochaczew. Czy tak jednak się stanie? Nad rozgrywkami niczym zmora ciąży nierozwiązana sprawa, która może mieć zasadniczy wpływ na kształt tabeli.
Działacze Polskiego Związku Rugby na własne życzenie wpadli po szyję w bagno i wszystko wskazuje na to, że może nie być dla nich ratunku. Po prostu się w nim utopią.
Nie da się bowiem ciągle zamiatać pod dywan, chowając niczym struś głowę w piasek, sprawy rugbisty Ogniwa, który jak wszystko na to wskazuje nie miał prawa grać jako polski zawodnik w barwach zespołu z Wybrzeża, ba nie powinien wystąpić w reprezentacji Polski, a zagrał zarówno w ekstralidze jak i drużynie narodowej. W meczach z jego udziałem powinny być przyznane walkowery dla przeciwników.
Związek milczy jak grób, a powinien i to już dawno zająć stanowisko, zgodne z przepisami, a nie własnym widzimisię. A co z Ogniwem? Odebranie fury punktów drużynie z Wybrzeża zepchnęłoby ją w dół tabeli, pozbawiło medalowych szans, a być może nawet skończyło degradacją z ekstraligi.
Na razie oburzenie w środowisku jest ogromne, kluby ekstraligi domagają się kar sportowych (dyskwalifikacje) i finansowych, dowodząc, iż został złamany regulamin rozgrywek. Pod kolejnym pismem z połowy kwietnia (a mamy początek czerwca i związek milczy!) wysłanym do KGiD oraz RD podpisały się kluby: Budowlani Rugby SA, RC Orkan Sochaczew, Budowlani Lublin, RzKS Juvenia Kraków, Pogoń Siedlce (połowa z biorących udział w rozgrywkach ekstraligi).
Sytuacja jest napięta niczym struna, która za chwilę pęknie i komuś zrobi bolesną krzywdę. Wobec braku reakcji związku kluby chcą się poskarżyć światowej organizacji rugby. Ciekawe, co na ten temat sądzi Ministerstwo Sportu. Czy jest tylko malowanym, politycznym tworem czy potrafi reagować na kryzysowe sytuacje w polskim sporcie?
Oliwa nieżywa, ale sprawiedliwa? Pożyjemy, zobaczymy.
To, co się wyprawia w Polskim Związku Rugby woła o pomstę do nieba. Ministerstwo sportu musi tu wkroczyć natychmiast i odsunąć związkowych działaczy od zarządzania związkiem.
Szybko i bezkompromisowo PZR ukarał Budowlanych SA (związkowym działaczom ta nazwa przeszła wreszcie przez gardło!) za grę nieuprawnionego zawodnika. Tymczasem ciąży nad związkiem niczym chmura gradowa, która zamieni się zaraz w sportowy armagedon, nierozwiązana sprawa kluczowa dla rozgrywek ekstraligi.
Polski Związek Rugby tchórzliwie chowa głowę w piasek, bo się boi wybuchu wielkiej afery i nie wie, jak wypić piwo, które nawarzył na swoją zgubę. Ogniwu Sopot, które jest liderem tabeli i powinno walczyć o kolejny tytuł mistrza Polski, grozi cała seria walkowerów za grę w jego barwach nieuprawnionego zawodnika.
Komisja Gier i Dyscypliny PZR, która ma od niedawna zawodowych członków (śmiać się czy płakać?), nie znajduje czasu na rozpatrzenie protestu kilku klubów ekstraligi w tej sprawie. Nie da się cały czas być strusiem i chować głowy w piasek, bo od problemu się nie ucieknie.
Wręcz przeciwnie, gdy okaże się że protest jest uzasadniony, a wyrok w tej sprawie zapadnie po zakończeniu rozgrywek (koniec czerwca), to… wszystko w ekstralidze stanie na głowie.
Załóżmy, że po raz kolejny tytuł zdobędzie Ogniwo. I co wtedy? Seria walkowerów, jakie mogą zostać nałożone na klub z Sopotu, sprawi, że straci on tyle punktów i miejsce w czołowej czwórce przed play off, że jego występ w finale będzie musiał zostać uznany za… nielegalny! W tej sytuacji nie będzie wyjścia. Polski Związek Rugby będzie musiał anulować rozgrywki, bo zostały one przeprowadzone niezgodnie z prawem!
Wyszło szydło z worka, oliwa nieżywa, ale sprawiedliwa. Wszystko to prawda, ale satysfakcja żadna. Zarząd Polskiego Związku Rugby w oparciu o wyrok Trybunału Arbitrażowego, a także informację Ministerstwa Sportu i Turystyki uchylił zakaz transferowy nałożony na kluby przez Komisję Gier i Dyscypliny w dniu 23 lipca 2021 roku. Zarząd PZR otworzył na cztery dni okienko transferowe – to już jest światowy ewenement. Nie świadczy on o elastyczności związku, tylko o jednej wielkiej panice, jaka musiała dopaść działaczy centrali.
Działacze z zarządu związku nie są głupi, bez wątpienia mają świadomość, że odwlekając w nieskończoność przyznanie się do wielkiego krzywdzącego kluby, narażającego zdrowie zawodników, błędu, zafałszowali przebieg wiosennej rundy rozgrywek ekstraligi.
Nie mam cienia wątpliwości, że gdyby zakaz transferowy dla Master Pharm Rugby Łódź i Skry Warszawa został cofnięty przed pierwszym meczem rundy wiosennej, to właśnie te dwa kluby grałyby w wielkim finale o złoty medal mistrzostw Polski, tymczasem zajmując piąte i szóste miejsce, muszą obejść się smakiem.
To zafałszowanie przebiegu rozgrywek na niebywałą skalę. Nie przypominam sobie, żeby w innych dyscyplinach sportu w Polsce doszło do takiego skandalu! Ludzie, którzy rządzą Polskim Związkiem Rugby, jeśli mają honor, powinni natychmiast podać się do dymisji. Widzą chyba do czego doprowadzili.
W niedzielę o godz. 14 rozpocznie się w Krakowie mecz Juvenii z Master Pharm Rugby. Łodzianie będą mogli wystawić nowych, dobrych zawodników, których cały czas mieli na treningach, a przez absurdalnie i uparte trwanie przy swoim przez związek nie mogli ich pokazać w całej rundzie w ligowej walce.
Przez ponad 30 lat pisałem, bardzo często o sporcie, wzbudzający spore emocje felietonik Ryżową Szczotką w Expressie Ilustrowanym. Uznałem, że warto do niego wrócić. Wiele się zmieniło, a jednak nadal są sprawy, które wymagają komentarza bez owijania w bawełnę.
Pisze z Łodzi sobie szkodzi - tak tytułował swoje felietony znakomity Zbyszek Wojciechowski. Inny świetny dziennikarz Antoś Piontek mówił, że w sporcie jak w żadnej innej dziedzinie życia widać czarno na białym w całej jaskrawości otaczającą nas rzeczywistość. Do tych dwóch prawd chcę nadal nawiązywać.